Życie w 'strefie prasadu'
Po raz pierwszy usłyszałem o Sai Babie od mojego przyjaciela. Wówczas pracowałem w przemyśle lotniczym w Los Angeles. Nieoczekiwanie otrzymałem od niego pocztówkę - zwykłą, tanią pocztówkę, napisaną ołówkiem, aż z Indii.
Mój przyjaciel zaczął od słów: "Drogi Jack, siedzę na werandzie u Sai Baby, który jest Bogiem. Spędzam z nim jak najwięcej czasu w jego aszramie. Powinieneś zdobyć o nim książkę, którą napisał dr Samuel Sandweiss".
Był to mój pierwszy kontakt ze Swamim. Nie traciłem czasu. Mój przyjaciel dał mi adres ośrodka Sathya Sai Baby w Hollywood, gdzie mógłbym dostać tę książkę. Wtedy razem z żoną, Louise, mieszkaliśmy na plaży. Szybko wsiadłem do samochodu, pojechałem prosto do Hollywood i zapukałem do pewnych drzwi. Otworzyła mi miła kobieta i rzeczywiście miała książkę lekarza medycyny, dr. Samuela Sandweissa, Sai Baba. Święty... i psychiatra. Kupiłem ją, wsiadłem do samochodu i wróciłem do domu. Około 45 minut później do godziny wszedłem do domu z książką w ręce. Louise spojrzała na nią i wykrzyknęła: "O mój Boże!". Zapytałem: "Co się stało?". Moja żona odpowiedziała: "To człowiek, który śnił mi się dwa tygodnie temu. To był bardzo intensywny sen, ale nie wiedziałam, kto to jest, więc nie wspominałam ci o tym". Tak rozpoczęła się nasza podróż.
Początek naszej podróży
Zaczęliśmy uczestniczyć w spotkaniach Sai, głównie w hrabstwie Orange. Gdy jechaliśmy do San Diego, zawsze zatrzymywaliśmy się w miejscowym ośrodku Sai, spędzaliśmy tam kilka godzin - śpiewaliśmy bhadżany i słuchaliśmy innych, którzy opowiadali o Swamim. Nawiasem mówiąc, San Diego jest rodzinnym miastem dr. Sandweissa. Wielbiciele z hrabstwa Orange raz w miesiącu organizowali spotkania, na których wszyscy dzielili się swoimi doświadczeniami ze Swamim. Dla nas spotkania te były jedyną drogą kontaktu i wielką inspiracją.
Jeździliśmy na spotkania przez trzy lub cztery lata. Nasze dzieci chodziły do szkoły, więc nie mogliśmy polecieć do Indii. Około 1978 roku pragnienie, aby zobaczyć Swamiego, stało się zbyt silne. Louise zachęcała mnie do wyjazdu, chociaż sama nie mogła polecieć do Indii, ponieważ zajmowała się dziećmi w domu. Wtedy moja firma konsultingowa się rozwijała i mogłem sobie pozwolić na tę podróż.
Jednak byłem sceptyczny. Pochodzę z Los Angeles, gdzie co piąta osoba wydaje się być guru, więc mój sceptycyzm był naturalny. Pomyślałem sobie: "Jeśli Sai Baba okaże się oszustem, to przynajmniej połączę podróż z pracą i nie będę rozczarowany". Dlatego zaplanowałem dłuższą podróż - z Los Angeles na Hawaje, a następnie do Japonii, Hongkongu, Tajlandii, Nepalu, Indii, Iranu, Izraela, Włoch, i wreszcie do Anglii, gdzie Louise i ja mieliśmy się spotkać i spędzić razem wakacje. Jednak moim prawdziwym celem były Indie i osobiste spotkanie z Sai Babą.
Moc darszanu
Gdy dotarłem do Bangalore, byłem w drodze już od trzech tygodni. Byłem wyczerpany, cierpiałem na "chorobę podróżnych" i zatrzymałem się w małym hotelu. Słyszałem, że Swami przebywa w Whitefield, ale nie miałem pojęcia, gdzie to jest ani co to jest. Mimo złego samopoczucia następnego ranka postanowiłem pojechać tam taksówką.
Po drodze dwa razy miałem ochotę poklepać kierowcę po ramieniu, aby zawrócił - tak źle się czułem. Lecz nie poddałem się. Gdy wreszcie przekroczyłem małą bramę aszramu, stało się coś magicznego. Choroba mnie opuściła; czułem się dobrze, silny i spokojny.
Siedziałem w milczeniu i obserwowałem wszystko. Swami wyszedł na darszan, chociaż wtedy nie wiedziałem, co to znaczy. Patrzyłem na małpy biegające wzdłuż ścian i na ludzi siedzących w wyczekującej ciszy. Obserwowanie ludzi było częścią moich umiejętności zawodowych jako konsultanta, więc fascynowało mnie to. Nie wiedziałem jeszcze, co o tym wszystkim myśleć, ale czułem coś niezwykłego, coś magnetycznego.
Gdy wieczorem wyszedłem przez bramę i udałem się z powrotem do hotelu, moja choroba powróciła z pełną siłą! Miałem ciężką noc. Jednak następnego ranka spróbowałem postąpić w ten sam sposób i wydarzyło się to samo: Gdy tylko przekroczyłem małą bramę aszramu, moja choroba zniknęła. Zacząłem myśleć: "Chwileczkę... dzieje się tu coś niezwykłego". W ciągu dwóch dni moja choroba całkowicie ustąpiła. Swami się tym zajął.
Zostałem w Whitefield przez mniej więcej dwa tygodnie, chłonąłem atmosferę tego miejsca. Cały czas byłem "sceptycznym Jackiem", ale już nieobojętnym na to, czego doświadczałem. Dalsza część mojej podróży dookoła świata przebiegła gładko. Lecz wiedziałem, że osiągnąłem już prawdziwy cel mojej podróży.
Gdy Louise i ja ponownie spotkaliśmy się w Anglii, spędziliśmy trochę czasu nad kanałem La Manche, a ja podzieliłem się z nią swoimi doświadczeniami. Zauważyła we mnie głębokie zmiany.
Miłość matki i dyscyplina ojca
Ta pierwsza podróż wyznaczyła kierunek naszego życia. Przez kolejne 36 lat co roku wracaliśmy do Indii - spędzaliśmy dużo czasu w aszramie i cieszyliśmy się chwałą Swamiego.
Pod koniec pierwszej podróży do indii wydarzyło się coś zabawnego, co niosło ze sobą głębokie przesłanie. Swami udzielił nam krótkiej rozmowy w grupie, a kiedy wychodziliśmy, zapytał nas: "Nie zostaniecie na moje urodziny?". Gdy to usłyszeliśmy, poczuliśmy się nieswojo. Czy Swami poprosił nas, abyśmy zostali? Czy była to wskazówka? Nie byliśmy pewni. W czasie tej podróży byłem również trochę podenerwowany, ponieważ nie udało się mi uzyskać upragnionej osobistej rozmowy. Często kłóciłem się ze Swamim w myślach. Nazywałem go "pan Radżu" zamiast "Swami" albo "Bhagawan", dlatego że czułem, iż nie zwraca na mnie uwagi. Ustaliliśmy z żoną, że przed powrotem do domu zwiedzimy kilka miejsc, więc kontynuowaliśmy podróż zgodnie z planem.
Udaliśmy się na północ do Gulmarg, górskiej miejscowości w północnych Indiach. Wówczas nie leżał tam śnieg, ale krajobraz był piękny. Louise, która była amazonką, bardzo się cieszyła, że może jeździć konno. Wypożyczyliśmy konie. Louise miała silnego konia, zaś mój koń był chudy i mały. Louise śmiała się z mojego biednego wierzchowca, ale myślałem, że sobie poradzę.
Jednak koń miał własne zdanie. Co jakiś czas coraz bardziej wyrzucał przednie nogi, tak że nie mogłem utrzymać się w siodle i spadłem! Trzy razy spadłem z konia, za każdym razem czułem się zawstydzony, ale za każdym razem wsiadałem na niego z powrotem. Zanim wróciliśmy do stajni, byłem sfrustrowany. Zapytałem stajennego: "Jak nazywa się ten koń?". Odpowiedział: "Ten koń? To pan Radżu". Wtedy się roześmiałem. Swami znalazł sposób, aby zająć się moją niewypowiedzianą złością. A tutaj, setki mil od aszramu, otrzymałem konia o tym samym imieniu - konia, który trzy razy mnie upokorzył. W ten sposób Swami powiedział mi: "Znam twoje myśli. Cały czas jestem z tobą. Być może powinieneś był zostać na moje urodziny". To doświadczenie głęboko mnie poruszyło. Była to zabawna, ale trudna lekcja.
W czasie drugiej podróży do Indii odbyłem pierwszą rozmowę ze Swamim, która pozostawiła we mnie trwały ślad. Dała mi odpowiedź na pytanie dotyczące gniewu pana Radżu i głęboko wyryła w moim sercu miłość Swamiego. Przebywaliśmy w małym pokoju rozmów razem z 8-10 innymi osobami. Siedzieliśmy wokół stóp Swamiego. W trakcie pierwszej rozmowy Swami nagle, bez ostrzeżenia, mocno uderzył mnie w twarz! Wszyscy wstrzymali oddech. Louise była zaskoczona. Pozostali wyglądali na przestraszonych. Później Swami powiedział łagodnie: "Kocham cię".
Pozostali byli zdezorientowani, ale ja zacząłem chichotać. Nie poczułem się urażony ani zraniony. Wydawało mi się, że jest to przejaw głębokiego uczucia Swamiego, sposób na wyrwanie mnie z letargu i przebudzenie. Gdy teraz przypominam sobie tę chwilę, uśmiecham się. Dla mnie to uderzenie nie było karą, lecz miłością - miłością wbrew logice, która dotknęła czegoś bardzo głębokiego w moim wnętrzu.
Życie ze Swamim
Przez lata Swami prowadził mnie na wiele sposobów. Stopniowo zbliżał Louise i mnie do siebie, aż nasze życie całkowicie skupiło się na nim. Jeździliśmy do Indii przez 26 lat, żyliśmy ze Swamim i dla niego. Z czasem moje sceptyczne nastawienie zniknęło.
Dzięki błogosławieństwom Swamiego stało się ze mną coś niezwykłego - lęk zniknął. Całkowicie. Ludzie często pytali mnie: "Jack, co jest takiego ważnego w byciu z Sai Babą?". Przez długi czas nie wiedziałem, jak to ująć w słowa. Aż pewnego dnia znalazłem odpowiedź. Powiedziałem im: "Nie ma we mnie już lęku". Nie boję się śmierci. Nie boję się utraty ukochanej osoby. Nie boję się utraty wszystkiego, co mam. Nie boję się nawet wojny nuklearnej, która w tamtych czasach obciążała umysły wielu ludzi. Naprawdę nie miałem w sobie ani śladu lęku.
Kiedy ludzie to słyszeli, patrzyli na mnie z niedowierzaniem. Niektórzy myśleli, że musiałem natknąć się na jakąś dziwną, magiczną miksturę! Ale to nie było to. To był Swami. Dzięki jego łasce lęk po prostu zniknął.
W ten sposób Swami nas transformował. Dwoje zwykłych ludzi z Los Angeles, Louise i ja, odkryliśmy, że nasze życie wywróciło się do góry nogami - a raczej obrało właściwy kierunek - wtedy, gdy spotkaliśmy Swamiego dzięki naszemu wielkiemu szczęściu.
W tamtym czasie Louise i ja wciąż byliśmy jak uczniowie u stóp Swamiego. Chociaż uczyłem studentów zarządzania na uniwersytecie i prowadziłem spotkania, to nadal przede wszystkim postrzegałem siebie jako ucznia, a nie nauczyciela. Pewnego razu dr Adiwi Reddy, nieżyjący ojciec dr. Narendranatha Reddy'ego, który w aszramie prowadził wykłady duchowe dla obcokrajowców, oparte na naukach Swamiego, zapytał mnie, czy nie chciałbym wykładać dla obcokrajowców. Powiedziałem mu: "Nie, wciąż jestem tu uczniem. Wolę pozostać uczniem i uczyć się, niż ośmielić się uczyć". Dodałem, że dam mu znać, kiedy będę gotowy do prowadzenia wykładów.
Wówczas naszą sąsiadką była Veronica, kobieta z Ojai w Kalifornii. Kiedyś jechaliśmy taksówką za Swamim do Kodaikanal i utknęliśmy w korku. Veronica siedziała na lewym fotelu pasażera, gdy nagle w lusterko boczne uderzył samochód jadący z przeciwka. Louise i ja byliśmy w szoku, ale Veronica spokojnie odwróciła się do nas i powiedziała: "Nigdy nie oglądajcie się za siebie". Wyjaśniła, że w ten sposób życie uczy ją, aby nie rozpamiętywać przeszłości - po prostu ją odrzucać. Nigdy nie zapomniałem tej lekcji.
Gdziekolwiek umieści nas Swami
Kiedy innym razem powiedzieliśmy Veronice, że nie mamy pojęcia, dokąd zmierzamy, odpowiedziała ze swoim węgiersko-amerykańskim akcentem: "Och, gdziekolwiek umieści nas Swami!". I rzeczywiście, to zdanie stało się dla nas przewodnią zasadą. Gdziekolwiek umieści nas Swami, tam jest nasze miejsce!
W tym czasie nasze dzieci dorosły i opuściły rodzinne gniazdo, a Louise mogła swobodnie towarzyszyć mi wszędzie. Dostosowałem swoją działalność, aby pozostać prezesem firmy, ale wykonywać tylko tyle konsultacji, ile było konieczne do jej utrzymania. Przez resztę czasu, przez prawie 20 lat, podróżowaliśmy po całym świecie - prowadziliśmy warsztaty i seminaria oraz służyliśmy Swamiemu.
Nigdy nie wiedzieliśmy, gdzie wylądujemy, ale zawsze było to "tam, gdzie umieścił nas Swami". Nigdy się nie martwiliśmy i po prostu szliśmy z jego nurtem. Dla przykładu, pewnego razu po długiej podróży wylądowaliśmy w Rio de Janeiro. Była 5.00 rano, lotnisko było słabo oświetlone, a wszystkie punkty gastronomiczne były nieczynne. Głodni i zmęczeni, minęliśmy zamkniętą restaurację.
Czerwona lina blokowała wejście do restauracji, ale nocna ekipa zapomniała posprzątać stoły. Odczepiłem linę, ukłoniłem się teatralnie Louise i powiedziałem: "Proszę wejść, madam". Usiedliśmy przy jednym ze stołów i zjedliśmy resztki chleba w tej eleganckiej restauracji. To również było "tam, gdzie umieścił nas Swami".
Dharmiczne zarządzanie i Bhagawadgita
W tym okresie moja działalność biznesowa nabrała duchowego charakteru. Zacząłem też pisać. Moja pierwsza książka, Dharmiczne zarządzanie, powstała bezpośrednio z inspiracji Swamiego. Kiedy podałem mu tytuł, był zachwycony: "Dharmiczne zarządzanie, tak, tak" - powiedział Swami. Kiedyś przedstawił mnie grupie wielbicieli z Niemiec, mówiąc: "Ten człowiek pisze książkę o zarządzaniu. Jaki jest tytuł tej książki?". Odparłem: "Dharmiczne zarządzanie, Swami". Powtórzył to z radością.
Swami powiedział mi: "Jestem w tobie. Cokolwiek usłyszysz lub napiszesz, będzie moim głosem". Słowa te dodały mi odwagi.
Dharmiczne zarządzanie zostało opublikowane na początku lat 90. i szybko stało się bestsellerem, co było niezwykłym osiągnięciem dla książki łączącej duchowość i biznes.
Później przyszedł czas na mój drugi duży projekt, Bhagawadgita - współczesna prezentacja dla czytelnika z Zachodu. Przez długi czas powstrzymywałem się przed napisaniem tej książki. Wewnętrzny głos Swamiego namawiał mnie: "Napisz Gitę". Odpowiadałem przecząco: "Nie, Swami, nie jestem Hindusem. Jestem człowiekiem z Zachodu. Nie znam się na tym temacie wystarczająco dobrze". Jednak namowy nie ustawały, aż w końcu się poddałem.
Później Swami wezwał Louise i mnie na rozmowę. Powiedział: "To nie jest twój wewnętrzny głos - to ja. Masz w sobie wszystko, czego potrzebujesz, aby napisać tę książkę. A jeśli czegoś ci brakuje, ja ci to zapewnię". Te słowa rozwiały moje ostatnie wątpliwości. I tak, pod przewodnictwem Swamiego, powstał przewodnik po Gicie.
Punkt zwrotny w moim życiu
Innym razem wydarzyło się coś bardzo ważnego - coś, co zmieniło dla nas wszystko. Przez 21 lat siedziałem na werandzie, mniej więcej w połowie drogi, około 6 metrów od drzwi Swamiego. Z tego miejsca obserwowałem, słuchałem, chłonąłem i się uczyłem.
Pewnego ranka Swami wyszedł i spojrzał mi w oczy. To spojrzenie trwało pełne osiem sekund i wydawało się wiecznością. Było potężne, wszechogarniające i głęboko transformujące.
Kiedy oczy Swamiego spotkały się z moimi oczami, nie było w nich lęku ani zmieszania - tylko głębokie poczucie zachwytu i przynależności. Był to punkt zwrotny w naszym życiu. Od tego momentu wszystko się zmieniło.
Mniej więcej w tym czasie skończyłem pisać książkę Bhagawadgita - współczesna prezentacja dla czytelnika z Zachodu. Pokazałem ją Swamiemu i poprosiłem go o błogosławieństwo. Spojrzał na nią z wielką radością i stwierdził: "Tak, tak... dla czytelnika z Zachodu".
Życie w 'strefie prasadu'
W roku 1998 nastąpiła kolejna zmiana. Moja ukochana żona, Louise, poważnie zachorowała. Miała udar mózgu.
Kiedy Louise się przewróciła, natychmiast zawiozłem ją do szpitala superspecjalistycznego. Przez kilka dni była nieprzytomna. Siedziałem przy jej łóżku, zmartwiony i niepewny. W pewnym momencie, gdy odzyskała jasność umysłu, powiedziałem jej: "Louise, musimy traktować to jak błogosławieństwo. W tym zdarzeniu jest dla nas ukryty dar". Odpowiedziała natychmiast: "Tak". To była przełomowa chwila.
Coś zmieniło się w moim umyśle. Ogarnęła mnie spokojna pewność siebie. Wiedziałem, że cokolwiek się stanie - czy Louise wyzdrowieje całkowicie, częściowo, czy wcale - będzie tak, jak miało być. Ta świadomość usunęła mój lęk. Zacząłem nazywać to "strefą prasadu".
'Prasad' oznacza przede wszystkim boski dar, błogosławieństwo od Boga. Później dowiedziałem się, że 'prasad' oznacza także ciszę, jasność, spokój i radość. Dokładnie to czułem. Ku mojemu zdziwieniu, Louise była w takim samym stanie umysłu - spokojna, pogodzona z sytuacją i przepełniona cichym zrozumieniem. Oboje wkroczyliśmy do 'strefy prasadu' i od tamtej pory pozostała ona z nami.
W tamtych latach napisałem inne książki: Najwyższa mądrość Gity i Drogowskazy do samorealizacji. Ta druga książka jest bardzo praktyczna. Opiera się na starożytnej praktyce samodociekania (atma wiczary). Zawiera ona 65 arkuszy samooceny, po jednym dla każdego rozdziału Gity, pomagających poszukiwaczom ocenić, w którym miejscu ścieżki duchowej się znajdują, w czym są mocni, a na czym powinni się skoncentrować. Książka ta jest obecnie dostępna bezpłatnie w Internecie.
Gdy Swami opuścił ciało w 2011 roku, ludzie pytali mnie: "Jack, jak się czujesz? Czy jesteś załamany?". Odpowiadałem im szczerze: "Jestem przepełniony wdzięcznością. Niczym innym, tylko wdzięcznością". Nie towarzyszy mi żadne inne uczucie za wszystko, co dał nam Swami, za wszystko, przez co nas przeprowadził.
Wtedy zacząłem postrzegać Swamiego jako "Pomarańczowe Drzwi". Jego boska postać była bramą - ciepłą, przyjemną, promienną. Lecz on chciał, abyśmy przeszli przez te drzwi do bezgranicznej rzeczywistości bezforemnego Boga. Była to jego ostatnia nauka dla nas.
Jeśli nawet przestaliśmy jeździć do Indii i Prasanthi Nilajam, to nie przestaliśmy być ze Swamim. On jest z nami w każdej chwili, w każdym oddechu. Żyjemy w "strefie prasadu' - spokojni, pogodni, wdzięczni i zawsze z nim.
dr Jack Hawley z USA
* * * * *
Dr Jack Hawley mieszka w Palm Springs, w Kalifornii (USA). Był konsultantem i pisarzem, a także wykładowcą zajmującym się różnymi tematami - duchowymi i zarządzania. Na początku lat 70. założył Team Climate Associates, konsorcjum konsultantów specjalizujących się w przywracaniu ducha przywództwa organizacyjnego i efektywności zespołowej. Od lat 70. dr Jack Hawley razem ze swoją nieżyjącą już żoną, Louise, każdego roku spędzał 6 miesięcy w aszramie Bhagawana Śri Sathya Sai Baby przez 32 lata. Dr Jack Hawley wielokrotnie spotykał się ze Swamim i niestrudzenie pracował nad przekazaniem przesłania Bhagawana organizacjom biznesowym na całym świecie. Jest autorem kilku znanych książek na temat zarządzania i wartości ludzkich, które Swami osobiście pobłogosławił.
(dk)
Źródło: Sathya Sai - The Eternal Companion, vol. 4, issue 11, November 2025
www.sathyasai.org/sites/default/files/pages/eternal-companion/vol-4/issue-11/eternal-companion-vol-4-issue-11.pdf
11.11.2025
**Pobierz tekst do druku