Przejawienie świadomości
Rozmowa z Robertem Baskinem z USA
Arawind Balasubramanja: Jestem wdzięczny Swamiemu za możliwość rozmowy z zasłużonym, wieloletnim wielbicielem Sai - jedynym wielbicielem, którego Swami nazywał "swoim prawnikiem"! Robercie, wiem, że masz bogate doświadczenia wynikające z długoletniej współpracy i bliskich relacji z naszym ukochanym Swamim, dlatego chcę jak najlepiej wykorzystać nasz czas.
Od lewej: Robert Baskin, Leonardo Gutter i dr Narendranath Reddy
Robert Baskin: Zacznijmy od cytatu, który wydaje się szczególnie aktualny w związku ze zbliżającymi się obchodami 100. urodzin Swamiego. Pochodzi on od wielkiego indyjskiego mędrca Śri Aurobindo z początku XX wieku. Jak wiesz, Swami urodził się 23 listopada 1926 roku, a Śri Aurobindo napisał następnego dnia rano:
"W dniu 24 listopada 1926 roku Kriszna zszedł do świata fizycznego. Nieomylna moc poprowadzi myśl. W ziemskich sercach zapłonie ogień Nieśmiertelnego. Nawet tłumy usłyszą ten głos".
Gdy Śri Aurobindo mówi: "Nieomylna moc poprowadzi myśl" odnosi się to do transformującej mocy Swamiego, która ma wpływ na nasze umysły i która prowadzi nas ku boskości i prawdzie. "W ziemskich sercach zapłonie ogień Nieśmiertelnego" - słowa te wskazują na wyjątkową zdolność Swamiego do budzenia w nas tęsknoty za Bogiem. "Nawet tłumy usłyszą ten głos" to przypomnienie, że w nadchodzących dziesięcioleciach dziesiątki milionów ludzi z Indii i całego świata otrzymają darszan Swamiego.
Prawie 100 lat później słowa Śri Aurobindo pozostają pięknym i dokładnym opisem życia i pracy Swamiego.
Arawind: To piękne! Nasz Swami naprawdę wzbudza podziw! Powiedz mi, proszę, jak pierwszy raz trafiłeś do Swamiego? Czy to ty go szukałeś, czy to on szukał ciebie?
Robert: On zaczął mnie szukać znacznie wcześniej niż ja zacząłem szukać jego. To niesłychana historia.
Na początku lat 70. byłem studentem prawa w Waszyngtonie. Pomiędzy drugim a trzecim rokiem studiów postanowiłem spędzić lato w podróży po Jukatanie i Gwatemali, aby odkryć starożytne ruiny Azteków i Majów. Zawsze fascynowała mnie archeologia i antropologia. Kupiłem furgonetkę, przerobiłem ją na kampera i wyruszyłem w drogę.
Gdy jechałem na południe przez stan Tennessee, zatrzymałem się na noc w miejscu, które wyglądało jak stary kamieniołom. Siedziałem sam w furgonetce i zauważyłem coś dziwnego: za każdym razem, gdy włączała się lodówka, na suficie zapalały się lampy, a gdy lodówka się wyłączała - lampy gasły. Zrozumiałem, że mam problem z instalacją elektryczną, który muszę rozwiązać zanim przekroczę granicę z Meksykiem.
Następnego ranka zatrzymałem się na małej stacji benzynowej niedaleko Nashville, przy której znajdował się warsztat samochodowy. Przywitał mnie starszy mechanik. Powiedziałem: "Mam problem", ale zanim zdążyłem wyjaśnić o co chodzi, odpowiedział: "Wiem - masz uszkodzony obwód elektryczny". Byłem oszołomiony. Skąd mógł wiedzieć o problemie, zanim go opisałem?
Wyjaśnił mi na czym polega problem, powiedział dokładnie, jakie części są mi potrzebne, i skierował mnie do pobliskiego sklepu. "Wróć i napraw to sam" - powiedział. "Pokażę ci, jak to zrobić". Tak też zrobiłem i spędziłem cały dzień na wymianie okablowania pod jego kierunkiem.
Gdy zapadła noc, mechanik zaprosił mnie na swoją farmę, gdzie znajdowało się również małe centrum medytacyjne. Zgodziłem się. Miałem tylko przenocować, a zostałem prawie tydzień. Wtedy poznałem jego niezwykłą historię.
Mechanik powiedział mi, że przez całe życie był strażnikiem starożytnej mistycznej doktryny. Zanim spotkał kogoś z przeszłości, najpierw usłyszał niebiańską muzykę, która ujawniła szczegóły z życia tej osoby i powód ich spotkania. Powiedział, że w ten sposób dowiedział się o moim problemie, zanim się odezwałem.
Jako nauczyciel czerpał z dzieł Roya Eugene'a Davisa, ucznia Paramahansy Joganandy - znanego świętego i autora książki Autobiografia jogina. Jedna z książek Davisa była niewielkim tomem o Sathya Sai Babie, napisanym po wizycie w Indiach. Wtedy po raz pierwszy usłyszałem imię Swamiego.
Wówczas nie zgłębiałem tego tematu. Zawsze byłem poszukiwaczem prawdy, zwłaszcza prawdy metafizycznej, ale moja droga nie zaprowadziła mnie bezpośrednio do Swamiego. Ukończyłem studia, zostałem prawnikiem i rozpocząłem praktykę w San Francisco. Jednak, podobnie jak wcześniej, odkryłem, że doczesny sukces nie przynosi głębszego spełnienia, jakiego szukałem. Cały czas poszukiwałem wyższej prawdy.
Arawind: To fantastyczne i nadzwyczajne. Wtedy miałeś zapewne dwadzieścia kilka lat?
Robert: Tak, miałem 27 lat.
Arawind: W wieku 27 lat większość ludzi dąży do kariery i ziemskich przyjemności. Ale wydawało się, że ty czujesz, że świat nie ma ci nic więcej do zaoferowania. Czy to dlatego, że widziałeś już wystarczająco dużo luksusu w życiu? A może było coś głębszego, co skierowało cię na tę ścieżkę? I dlaczego studiowałeś prawo, skoro ta wewnętrzna potrzeba poszukiwania zawsze była częścią ciebie?
Robert: Człowiek, którego spotkałem w stanie Tennessee - który widział moje poprzednie wcielenia - powiedział mi, że wiele razy byłem prawnikiem lub sędzią. Nie wątpię w to, ponieważ już w wieku 5 lat postanowiłem, że chcę zostać prawnikiem i nie zmieniłem zdania.
Jednak już w dzieciństwie bardzo interesowały mnie niewidzialne tajemnice życia. Zawsze szukałem motywu stojącego za czynem, prawdy ukrytej za nauką. Dlatego studiowałem filozofię na uniwersytecie, podróżowałem po Europie, odkrywałem starożytne cywilizacje, a na Wschodzie, w Indiach, szukałem prawd, których nie mogłem znaleźć w filozofii ani religii Zachodu.
Pięć lat po spotkaniu z mechanikiem, gdy byłem na praktyce w firmie prawniczej w San Francisco, doświadczyłem czegoś, co niektórzy nazwaliby olśnieniem. Gdy pewnego ranka, jechałem przez most Golden Gate do miasta, przyszła mi do głowy myśl: "Co bym zrobił, gdyby pozostał mi tylko rok życia?".
Nie wiedziałem, co bym zrobił, ale wiedziałem bardzo dobrze, czego bym nie zrobił. A było to praktycznie wszystko, czym się wtedy zajmowałem. Ta świadomość skłoniła mnie do rzucenia pracy i podjęcia decyzji o wyjeździe do Indii w poszukiwaniu nauczyciela.
Na tym etapie nie szukałem mistrza religijnego ani mistrza duchowego. Szukałem zasady - "siły prawdy" - która mogłaby pokierować moim życiem. Wtedy przypomniałem sobie, że po raz pierwszy przeczytałem o Sai Babie w książce Roya Eugene'a Davisa. Nie wywarło to na mnie niezatartego wrażenia. Jednak kilka dni po tym jak doznałem olśnienia, moja przyjaciółka dała mi książkę, którą dostała, ale której jeszcze nie przeczytała - Sai Baba - człowiek cudów Howarda Murpheta. Było to moje pierwsze prawdziwe spotkanie ze Swamim.
Arawind: Tak po prostu? Zrezygnowałeś z kariery i wyjechałeś do Indii?
Robert: Tak, ale dotarcie do Indii zajęło mi sporo czasu. Spędziłem rok w podróży po Południowym Pacyfiku i Azji Południowo-Wschodniej - zanurzałem się w prymitywnych kulturach, mieszkałem w klasztorach buddyjskich w Tajlandii i Birmie, i powoli zmierzałem w kierunku Indii.
Arawind: To niezwykle odważne. Bez rezerwacji, bez ustalonych planów - po prostu podróżowałeś?
Robert: Zwyczajnie podróżowałem. Zanim dotarłem do południowych Indii, natknąłem się na kolejną książkę o Swamim autorstwa V. K. Gokaka, wybitnego pedagoga, który później został pierwszym rektorem uniwersytetu Swamiego. W jego książce największe wrażenie wywarło na mnie spostrzeżenie, że nie trzeba przychodzić do Sai Baby jako wierzący - można przyjść, zobaczyć, doświadczyć i samodzielnie odkryć prawdę. Bardzo mi się to spodobało.
Z takim nastawieniem w marcu 1978 roku po raz pierwszy wszedłem do aszramu Brindawan w Whitefield niedaleko Bangalore. Wcześniej nie spotkałem żadnego wielbiciela Swamiego, ale przeczytałem o nim kilka książek. Byłem szczerym poszukiwaczem prawdy, ale byłem też wątpiącym Tomaszem - nauczonym kwestionować wszystko, szukać motywu stojącego za czynem i prawdy kryjącej się za nauczaniem.
Korespondowałem z prof. Kasturim. Zapytałem go, czy mógłbym uczestniczyć w letnim kursie 1978 roku, który rozpoczynał się w maju. Prof. Kasturi odpowiedział, że tylko Swami może kogoś zaprosić, ale poprosił mnie, abym przyszedł i się z nim spotkał. Przyjechałem w sobotę po południu, zapukałem do jego drzwi, a prof. Kasturi uprzejmie mnie przyjął. Wyjaśnił, że mój przyjazd był niefortunny - tego samego popołudnia Swami wyjeżdżał w dwutygodniową podróż po północnych Indiach. Jednak prof. Kasturi zasugerował, abym udał się do Puttaparthi, gdzie mógłbym czekać na powrót Swamiego, i przedstawił mnie dżentelmenowi z wydawnictwa Brindavan Press, który miał mi towarzyszyć następnego ranka.
Tego popołudnia stanąłem przed wyborem. Przez 6 miesięcy otrzymywałem pocztę w urzędzie pocztowym Kadugodi w pobliżu Whitefield. Nie odebrałem jej. Mogłem odebrać pocztę gromadzoną przez długi czas lub udać się na darszan, aby po raz pierwszy zobaczyć Swamiego.
Podjąłem właściwą decyzję. Wybrałem się na darszan. Nie byłem przyzwyczajony do siedzenia na twardej cementowej podłodze, ale czekałem. Po pewnym czasie zauważyłem mężczyznę z Zachodu, który wygodnie opierał się o ścianę. Podszedłem do niego i się przedstawiłem. Nazywał się Don Heath. Był przewodniczącym ośrodka Sai w San Francisco.
— Co za zbieg okoliczności - powiedziałem. — Mieszkam w San Francisco.
Zapytał mnie, jak się nazywam. Gdy mu powiedziałem, roześmiał się i stwierdził: — Właśnie rozwiązałeś mój problem. Szukam cię od dwóch tygodni.
Zdziwiony zapytałem dlaczego mnie szukał. Sięgnął do kieszeni płaszcza, wyciągnął z niego paczkę około 20 listów i wyjaśnił:
— Kiedy przyjechałem, naczelnik poczty w Kadugodi przekazał mi twoją pocztę. Poprosił mnie, abym cię znalazł zanim wszystko odeśle.
Następnie wręczył mi listy.
— Co za zbieg okoliczności — powtórzyłem.
Na co Don Heath sucho odparł: — Jeśli zostaniesz tu na dłużej, może nauczysz się nazywać to inaczej.
Arawind: Niesamowite! Więc udało ci się otrzymać pierwszy darszan i odebrać listy z poczty!
Robert: Tak. Swami wyszedł na darszan. Wszyscy myśleli, że będzie to tylko "darszan z samochodu" w drodze na lotnisko, ale Swami wysiadł i przeszedł między rzędami siedzących wielbicieli. Nie powiedział do mnie ani słowa ani nie podszedł, ale spojrzał bezpośrednio w moją stronę z najbardziej przenikliwym spojrzeniem, jakie można sobie wyobrazić. Nigdy nie doświadczyłem czegoś podobnego. Wtedy poczułem, że on widzi mnie na wylot, że widzi moją duszę. To był mój pierwszy darszan Swamiego i pierwsze spotkanie z wielbicielem Sai.
Później pojechałem do Puttaparthi. Wówczas Swami przebywał w północnych Indiach przez około 10 dni. Aszram był prawie pusty - był marzec, pora sucha i gorąca, większość ludzi trzymała się z daleka. Ale dla mnie te dni były wypełnione cichą kontemplacją, medytacją i studiowaniem książek Swamiego.
Każdej nocy, od chwili zaśnięcia aż do przebudzenia, czułem nieustanną obecność Swamiego. Pojawiał się w moich snach. Był tam, obserwował mnie, ale nic nie mówił. Ta cicha, uważna obecność miała niezwykłą moc transformacji.
Arawind: Więc zanim przyjechałeś do Puttaparthi, uznałeś Swamiego za najwyższą istotę z powodu jego przenikliwego spojrzenia?
Robert: O nie, wcale nie. Wciąż byłem tym samym wątpiącym Tomaszem, pełnym pytań, ale szczerym poszukiwaczem prawdy i samorealizacji. Gdy dowiedziałem się, że Swami wrócił do Whitefield, pojechałem tam. Myślałem, że będę w aszramie przez 1-2 miesiące, ale mój pobyt przedłużył się do 2 lat, do końca 1979 roku.
Arawind: Więc uczestniczyłeś w letnim kursie w 1978 roku. Ale powiedz mi, kiedy powiedziałeś: "Jeśli na ziemi istnieje Bóg, to jest to on"?
Robert: Nie trwało to długo. W ciągu 1-2 tygodni od powrotu do Whitefield, Swami zaczął wzywać mnie na interview. Nie zadawał żadnych pytań, tylko opowiadał o mojej przeszłości - opowiadał o tym, o czym nikt w Indiach nie mógł wiedzieć: o moim wykształceniu i pochodzeniu, o doświadczeniach rodzinnych, a nawet o moich zainteresowaniach. Opowiadał także o mojej przyszłości.
Swami powiedział, że po wizycie w Indiach wrócę do USA. Najpierw będę pracował w służbie rządowej, co ostatecznie oznaczało 2 lata pracy na stanowisku sędziego administracyjnego w rządzie federalnym, a później rozpocznę prywatną praktykę, że będę pełnił różne funkcje prawne w jego organizacji, ożenię się i będę miał dwoje dzieci.
W czasie jednego interview Swami zapytał mnie: "Czy znasz Ojai?". Usłyszałem nazwę "Ohio", ale on roześmiał się, przeliterował O-J-A-I i mówił dalej. Nigdy wcześniej nie słyszałem o Ojai. W następnym roku odkryłem, że Diana - kobieta, którą Swami wybrał dla mnie i którą osobiście mi przedstawił, a później udzielił nam ślubu - pochodziła z Ojai w Kalifornii. Po powrocie do USA osiedliłem się tam, gdzie mieszkaliśmy razem, aż do jej śmierci 11 lat temu.
Na drugim interview Swami zmaterializował dla mnie pierścień i włożył mi go na palec. Był to pierścień pańczaloha wykonany ze stopu pięciu metali, z wizerunkiem Kriszny i symbolem OM. Pierścień świecił eterycznym blaskiem.
Kilka minut po opuszczeniu pokoju interview znalazłem się w stanie wyższej świadomości, który utrzymywał się prawie przez 2 dni. Była to czysta błogość.
Od pierwszego spotkania ze Swamim postanowiłem zapisywać każde słowo, które Swami powiedział do mnie lub do innych osób w mojej obecności. Jeśli chcesz, mogę przeczytać ci to, co wtedy zapisałem w swoim dzienniku. Później moja nieżyjąca już żona umieściła te zapiski w swojej książce Boskie lekcje.
Arawind: Tak, proszę.
Robert: To jest wpis z 7 kwietnia 1978 roku: "Od czasu drugiego interview 5 kwietnia ogarnia mnie niewyobrażalna błogość. Energia, którą Baba we mnie zaszczepił, usunęła wszelkie myśli i pragnienia, z wyjątkiem niezachwianej tęsknoty za zjednoczeniem z Bogiem. Miłość przeniknęła każdą moją myśl i głęboko wpłynęła na moje postrzeganie świata. Ludzie mówią, że trudno im uwierzyć, iż rozmawiają z tą samą osobą.
W ciągu ostatnich dwóch dni moje sesje medytacyjne były niezwykle spokojne, bez żadnej aktywności umysłu. Wszędzie dostrzegam miłość i piękno. Czuję się tak, jakbym został uwolniony od całej przeszłej karmy. W odniesieniu do wszystkich, bez wyjątku, odczuwam spokój, wybaczenie i współczucie.
Wczoraj rano na darszanie Swami stanął przede mną, napisał coś palcem w powietrzu, a ja poczułem poruszenie w sercu. Tego wieczoru Swami stanął na mojej stopie na kilka sekund. Wtedy wyższy stan świadomości zaczął zanikać.
Całe to doświadczenie było przejawieniem naszej prawdziwej świadomości i demonstracją jego bezwarunkowej miłości i subtelnej łaski. Nie wiem, dlaczego to właśnie ja byłem szczęśliwym odbiorcą tej łaski, ale wiem, że to zmieniło mnie na zawsze".
Arawind: Wspaniale!
Robert: Myślę, że słowa, które napisałem w czasie tego doświadczenia, wyrażają to lepiej niż wszystko, co mogę teraz powiedzieć.
Arawind: Wiesz, to już drugi raz, kiedy słyszę o takim doświadczeniu. Jeden z moich nauczycieli opisał coś podobnego - Swami poklepał go po głowie, a on wszedł w stan nadświadomości. Dwa dni później Swami znowu go poklepał i przywrócił go do stanu, który nazwał "nienormalnym", a który my uważamy za "normalny".
Robert: Nie wymaga to nawet fizycznego kontaktu. Jeszcze bardziej intensywne doświadczenie miałem 7 lat później w aszramie, w sali Purnaczandra, na zakończenie jednego święta. Byliśmy tam z żoną Dianą. Był to nasz ostatni darszan przed powrotem do USA. Gdy po raz pierwszy opuściłem Indie w 1979 roku, przez następne 35 lat wracaliśmy tam co roku - przynajmniej raz w roku, często dwa razy w roku, a czasem nawet trzy razy w roku, gdy Swami nas zapraszał.
Tym razem przebywałem około 3-4 metry od Swamiego, gdy spojrzał na mnie i powiedział: "Masz syna". Nigdy nie wiadomo, czy słowa Swamiego mają znaczenie symboliczne, czy dosłowne. W jego języku "syn" oznacza prawdę, a "córka" - pokój.
Gdy tylko Swami to powiedział, poczułem ogromną błogość - była ona tak silna, że nie mogłem funkcjonować. Ten stan utrzymywał się przez 12 godzin. Kiedy podróżujemy, zwykle przechodzę w "tryb organizacyjny" - zajmuję się paszportami, biletami, odprawą na lotnisku, taksówkarzami, bagażem i całą logistyką. Lecz tym razem byłem tak zanurzony w błogiej świadomości, że Diana musiała dosłownie wziąć mnie za rękę i poprowadzić przez lotnisko do samolotu.
Zanim wylądowaliśmy w Los Angeles, doświadczenie to minęło. Ale zarówno to doświadczenie, jak i doświadczenie z 1978 roku, ukazało mi coś głębokiego. Swami zawsze nam powtarza: "Nie jesteś człowiekiem, jesteś boski. Jesteś boską istotą przechodzącą przez ludzkie doświadczenia". Swami posuwa się nawet do stwierdzenia: "Jesteś Bogiem. Nie jesteś oddzielony od Boga. Niskie myślenie to zbrodnia. Myśl o sobie, że jesteś boski".
Te dwa doświadczenia dały mi bezpośredni przedsmak tej prawdy - uświadomiły mi, że nasza normalna świadomość na jawie nie jest naszą najwyższą rzeczywistością. Naszą prawdziwą naturą jest wyższa świadomość. Kiedy opuszczamy ciało i ludzkie doświadczenie, wracamy do boskiego stanu błogości. Te chwile głęboko ukształtowały moje życie i prawdopodobnie są to największe lekcje, jakich udzielił mi Swami.
Arawind: Piękne. Łatwo zrozumieć, jak po pierwszym doświadczeniu w 1978 roku, mogłeś mieć poczucie, że twoje poszukiwania doprowadziły cię do celu - że to jest to. Mam rację?
Robert: Tak, absolutnie. Od tego doświadczenia wiedziałem, że Swami jest boski. Nie rozumiałem w pełni, czym jest ta boskość - otrzymałem tylko niewielki wgląd - ale to pozostawiło we mnie całkowitą pewność. Od tamtej pory uważam, że Swami jest awatarem, którym się ogłosił.
Arawind: Powiedziałeś, że Swami pobłogosławił cię kilkoma interview. Ale już na drugim interview obdarzył cię najwyższym doświadczeniem! Co wydarzyło się na pozostałych interview i jak doszło do ślubu z Dianą? Wygląda na to, że wiadomość o ślubie ogłoszono niespodziewanie - jak ją przyjąłeś?
Robert: Gdyby to wydarzenie było faktycznie niespodziewane, byłoby to trudne, a przynajmniej znacznie trudniejsze niż w rzeczywistości. Ale w następnym roku miałem okazję być w bliskim i częstym kontakcie ze Swamim. Wiele razy w ciągu roku pytał mnie: "Czy chcesz się ożenić?". A moja odpowiedź była zawsze taka sama: "Swami, pragnę zjednoczenia z boskością. Pragnę połączyć się z Bogiem".
Później Swami mówił o żonie, synu (który symbolizuje prawdę) i córce (która symbolizuje pokój). Przyjmowałem to wszystko w ezoterycznym, symbolicznym sensie - połączenia prawdy i pokoju - aż do chwili, gdy wyraźnie dał mi do zrozumienia, że mówi całkiem dosłownie.
To jest fascynujące u Swamiego; każde słowo, które wypowiada, może mieć zarówno symboliczne, jak i dosłowne znaczenie, a czasami przez lata nie wiemy, które znaczenie jest rzeczywiste. Moja przyszła żona, Diana, miała mądrość, aby zrozumieć subtelności jego przesłania. Pewnego razu Swami powiedział jej, że ktoś "powróci za osiem lat". Okazało się, że osoba ta zmarła dokładnie osiem lat później. Wtedy zaczęliśmy rozumieć, jak wieloznaczne mogą być słowa Swamiego.
Pamiętam jedno doświadczenie z 1978 roku. Wtedy Swami często podróżował między Prasanthi Nilayam (aszramem w Puttaparthi) a Brindawanem (aszramem w Whitefield koło Bangalore). Byliśmy wielbicielami, więc podążaliśmy za nim, podróżowaliśmy w każdy możliwy sposób. Pewnego ranka po darszanie w Puttaparthi Swami podszedł do mnie i zapytał: "Kiedy wyjeżdżasz?". Nie planowałem wyjazdu, więc odpowiedziałem: "Swami, wyjadę wtedy, kiedy każesz mi wyjechać". Odszedł w milczeniu, bez słowa.
Następnego ranka Swami nagle wyjechał do Brindawanu. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że jego pytanie było dosłownym ostrzeżeniem.
Kilka miesięcy później, w grudniu 1978 roku, Swami ponownie podszedł do mnie i zapytał: "Wyjeżdżasz?". Żartobliwie zapytałem: "Swami, czy Ty wyjeżdżasz?". Uśmiechnął się i poszedł do mandiru. Wieczorem w czasie bhadżanów poczułem nagłą potrzebę, aby zarezerwować taksówkę na następny dzień. Rzeczywiście, nazajutrz po południu Swami wsiadł do swojego samochodu i wyjechał do Brindawanu. Nasz samochód był jedynym samochodem, który pojechał za nim!
Podróż ta pozostaje jednym z najbardziej poruszających doświadczeń w moim życiu. Przez 4 godziny jechaliśmy za samochodem Swamiego, a setki wieśniaków ustawiały się wzdłuż dróg. Rolnicy odkładali pługi i biegli w kierunku pobocza, stali w nabożnym skupieniu ze złożonymi rękami, gdy przejeżdżał samochód Swamiego. Czułem się tak, jakbym powtórnie przeżywał czasy awatara Kriszny - gdy rydwan Pana przejeżdżał przez kraj, a wielbiciele oddawali mu cześć wzdłuż drogi.
Arawind: Wracając do twojego małżeństwa, powiedziałeś, że uważałeś słowa Swamiego za symboliczne, ale okazały się one dosłowne. Jak to się stało? Czy Swami wezwał was razem?
Robert: Tak właśnie było. Swami wezwał mnie i zapytał, czy chcę się ożenić. Odpowiedziałem: "Swami, pragnę małżeństwa z Bogiem, a nie doczesnego małżeństwa". Swami oznajmił, że wybrał dla mnie żonę. Odparłem, że nie odczuwam potrzeby, aby się żenić, ponieważ przybyłem tu, aby osiągnąć samorealizację.
Następnego dnia Swami znowu mnie wezwał. Rozmowa była taka sama. Wtedy Swami powiedział: "Nawet wielcy święci byli żonaci. Śri Ramakriszna Paramahansa był żonaty. Święty Tukaram był żonaty".
Nazajutrz wezwał mnie ponownie, tym razem z Dianą i jej matką. Przedstawił nas w pokoju interview i powiedział, że jeśli chcę rozważyć małżeństwo, to mogę z nią porozmawiać. Porozmawialiśmy wieczorem. Wkrótce potem Swami osobiście udzielił nam ślubu. Było to wyjątkowe i boskie błogosławieństwo.
Oboje mieliśmy świadomość, że to małżeństwo było nam pisane, być może nawet zaplanowane jeszcze przed tym życiem. To Swami nas połączył.
Arawind: Wcześniej Swami powiedział ci, że się ożenisz i będziesz miał dzieci, prawda?
Robert: Tak mi powiedział. Wtedy potraktowałem jego słowa symbolicznie. Jednak później okazało się, że było dosłownie tak, jak powiedział Swami.
Arawind: Porzuciłeś wszystko - obiecującą karierę i wygodne życie w USA - wszystko w poszukiwaniu najwyższej prawdy. I kiedy wydawało się, że ją znalazłeś, Swami wysłał cię z powrotem w świat - ożeniłeś się i wróciłeś na Zachód. Co sobie pomyślałeś? Czy wcześniej Swami wyraźnie poprosił cię, abyś pozostał w Indiach, czy po prostu postanowiłeś przedłużyć swój pobyt?
Robert: Nie, Swami bardzo chciał, abym został, i ja też tego chciałem. Często miałem wrażenie, że zostanę w Indiach znacznie dłużej niż tylko 2 lata. Jednak na drugim interview w 1978 roku Swami przedstawił plan mojej przyszłości - plan, który zakładał powrót na Zachód i wznowienie praktyki prawniczej.
Gdy się ożeniłem, wierzyłem, że Diana i ja zostaniemy w Indiach na stałe. Ale Swami powiedział Dianie coś zupełnie innego. Oświadczył: "Po ślubie wrócicie do USA". Jej reakcja na te słowa była następująca: "Swami, Robert uważa, że zostaniemy tutaj". Swami uśmiechnął się i powiedział: "Powiedz mu to". Swami nie chciał mi tego powiedzieć.
Arawind: (z uśmiechem) Więc oboje wróciliście do USA, ale jak wspomniałeś wcześniej, nadal odwiedzaliście Swamiego dwa lub trzy razy w roku.
Robert: Tak, choć nie od razu. Przed ślubem zarówno Diana ze swoją matką, jak i ja spędziliśmy w aszramie prawie 2 lata. Co ciekawe, chociaż byłem tam w tym samym czasie, nigdy jej nie spotkałem! Strona męska i damska były oczywiście oddzielone, a ja koncentrowałem się wyłącznie na poszukiwaniu prawdy. Diana widziała mnie tylko raz - w czasie kursu letniego w 1978 roku.
Po ślubie Swami wezwał mnie i powiedział: "Weź padanamaskar". Tak też zrobiłem. Potem spojrzał mi w oczy i powiedział łagodnie: "Wyjeżdżasz?". Tego samego popołudnia, gdy Swami miał wyjeżdżać, powiedział Dianie: "Weź padanamaskar... i nigdy nie zapominaj o Swamim".
Od tej chwili przez następne 4 lata i 8 miesięcy, Swami nie spojrzał na mnie, nie odezwał się do mnie, nie podszedł do mnie ani w żaden sposób nie zauważał mojej obecności. To było tak, jakbym już nie istniał.
Arawind: To musiało być dla ciebie trudne.
Robert: To była bardzo ciężka próba. Dowiedziałem się, że prawie każdy wielbiciel, który jest blisko Swamiego, w pewnym momencie przechodzi przez takie doświadczenie.
Gdy wróciliśmy do Indii w następnym roku z naszym nowo narodzonym synem, Swami zupełnie nas ignorował przez cały miesiąc naszego pobytu. Nie spodziewałem się, że jeszcze tam wrócimy. Nie zapomniałem o Swamim, ale czułem, że nie chce nas tam widzieć.
Kilka lat później matka Diany przebywała w aszramie i Swami zapytał ją o nas - kiedy przyjedziemy ponownie. Wtedy tam wróciliśmy, 4,5 roku po naszym ślubie.
Arawind: Jak wyglądało to powitanie? Czy było tak, jakby nic się nie stało, jak to często robi Swami?
Robert: Dokładnie tak. W czasie tej wizyty Swami spotkał się z nami kilka razy. W audytorium Purnaczandra spojrzał na mnie i powiedział: "Masz syna", którego już miałem, a następnie wprowadził mnie w stan błogości, który utrzymywał się przez 12 godzin.
Kiedy Swami nas wezwał, spojrzał na Dianę i zapytał:
— Dlaczego twój mąż jest taki chudy?
— Ponieważ spowodowałeś, że jest taki nieszczęśliwy — odpowiedziała Diana.
— Swami, byłeś dla nas bardzo surowy, ignorując nas przez te wszystkie lata — dodałem.
Swami uśmiechnął się i powiedział: — Swami dał wam wolność.
Zrozumiałem, że była to wolność wyboru; wolność, aby nigdy o nim nie zapomnieć lub wybrać inną drogę.
Arawind: To piękne i głębokie. Nawet w Bhagawadgicie Kriszna nie przejmuje kontroli nad życiem Ardżuny, dopóki Ardżuna nie podda się dobrowolnie i nie powie: "Zrobię tak, jak mówisz". Czy wierzymy w wolną wolę, czy nie, Bóg daje nam tę wolność, a to, co teraz powiedziałeś, oddaje to przesłanie w tak wzruszający sposób.
Robert: Tak, poddanie i wolna wola - to zajmujący temat. Miałem okazję kilkakrotnie omówić go ze Swamim.
Pamiętam, że w 1979 roku ludzie z Zachodu mogli przebywać w Indiach przez ograniczony czas z powodu ograniczeń wizowych. Udało się mi wielokrotnie przedłużyć wizę w Anantapur, ale ostatecznie musiałem opuścić Indie, aby przedłużyć ją za granicą. Dlatego dwa razy poleciałem do Colombo na Sri Lance - pierwszy raz w 1978 roku i ponownie w 1979 roku, aby otrzymać nową wizę.
Przed jedną z tych podróży moja wiza miała wkrótce wygasnąć. Swami podszedł do mnie w mandirze i zapytał:
— Jaki masz plan? Co zamierzasz zrobić?
— Swami, pozostawiam to tobie — odparłem.
— Bardzo dobrze — od razu odpowiedział Swami i odwrócił się, aby odejść, ale nagle obejrzał się i powiedział: — Jakie masz prawo zostawić to Swamemu? Myślisz, że jesteś ciałem? Myślisz, że jesteś umysłem? Kiedy odczuwasz ból w ciele, idziesz do lekarza. Kiedy wiesz, że twój umysł należy do Boga i że twoje ciało jest boskie, wtedy możesz zostawić to Swamemu. Do tego czasu musisz sam decydować.
Była to głęboka lekcja. Dopóki nie poddamy się całkowicie, dopóki nie uświadomimy sobie naszej boskości, musimy brać odpowiedzialność za nasze wybory, zamiast oczekiwać, że Swami zrobi to za nas.
W tamtym czasie często siedziałem na darszanie w głębokiej kontemplacji. Zastanawiałem się, która ścieżka jest dla mnie właściwa: dżniany (mądrości), karmy (służby) czy bhakti (oddania). Czułem, że brakuje mi intelektu do dżniany, byłem zbyt egocentryczny do karmy i nie miałem wystarczająco dużo miłości do bhakti. Zastanawiałem się, gdzie jest moje miejsce.
Gdy pewnego ranka siedziałem pogrążony w myślach, Swami podszedł do linii darszanowej. Zatrzymał się przede mną, przycisnął swoją stopę do mojej w błogosławieństwie bez słów i powiedział: - Bhakti, bhakti, bhakti... oddanie, oddanie, oddanie - i poszedł dalej.
Arawind: Zatem Swami wybrał ścieżkę dla ciebie.
Robert: Tak. Powiedział to wyraźnie. To miała być moja ścieżka - ścieżka oddania.
Arawind: Tak więc po czterech latach - po przerwie, która zakończyła się pięknym doświadczeniem błogości - wróciłeś. A Swami... Być może trochę przyspieszam, ale Swami cię zaangażował i wprowadził do organizacji, prawda?
Robert: Tak, dokładnie tak. Później wracaliśmy do Indii co roku, często dwa razy w roku. Jeśli odbywało się jakieś specjalne wydarzenie, a Swami nam pozwolił lub nas zaprosił, wracaliśmy po raz trzeci.
Arawind: Kiedy mówisz, że Swami was zapraszał, co masz na myśli? Czy ktoś przekazywał wam wiadomości od niego? Czy masz na myśli zaproszenie w boskim, intuicyjnym znaczeniu, takie jak wewnętrzne wezwanie?
Robert: Nigdy nie byłem osobą, która polegała wyłącznie na intuicji w relacjach ze Swamim. Moje połączenie z nim było zawsze bardzo bezpośrednie, bez żadnych pośredników. Zwykle gdy przyjeżdżaliśmy, wzywał nas na jedno lub więcej interview, a na ostatnim interview pytał nas, kiedy wrócimy lub mówił nam, kiedy chce, abyśmy wrócili. Takie było jego zaproszenie.
Jeśli w aszramie prezentowano program specjalny, Swami polecał nam w nim uczestniczyć. Wiesz, że większość wielbicieli ubolewała nad nieprzewidywalnością Swamiego. Mówił coś w stylu: "Do zobaczenia jutro", a potem mogło nie dojść do spotkania. Gdy wielbiciele pytali go później o to zdarzenie, uśmiechał się i mówił: "Ależ widziałem was! Czekaliście w kolejce na darszan".
Podczas wcześniejszej podróży Swami powiedział nam, że spotka się z nami przed naszym wyjazdem. Na ostatnim darszanie w trakcie tego pobytu w Indiach siedziałem mniej więcej w 15 rzędzie z tyłu. Pomyślałem sobie: "Swami nie zobaczy mnie z tego miejsca". W czasie tego darszanu ani razu nie podniósł wzroku z poziomu swoich stóp. Gdy doszedł do zakrętu po stronie mężczyzn, bez podnoszenia wzroku nagle wskazał prosto na mnie i skinął, abym udał się do pokoju interview.
Zgodnie ze zwyczajem Diana podążyła za mną ze strony kobiet. W pokoju interview Swami podszedł do mnie i powtórzył każdą myśl, która przyszła mi do głowy na darszanie - że mnie nie zobaczy, że nie będzie wiedział, gdzie siedzę. Później stwierdził: "Wszystko, co powie ci Swami, spełni się".
To była łaska. Od tej chwili za każdym razem, gdy Swami mówił nam, że się z nami spotka, robił to bez wyjątku. Była to prawdziwa łaska, boskie zapewnienie, które w naszej relacji zmieniło niepewność w pewność. Za to jestem dozgonnie wdzięczny.
Arawind: To niezwykłe. Nie słyszałem o wielu osobach, które otrzymały od Swamiego takie zapewnienie, że każde słowo, które do nich powiedział, spełni się dokładnie tak, jak zostało wypowiedziane. Wracając do pytania: W jaki sposób dołączyłeś do organizacji i co takiego istotnego Swami mówił ci na interview, że wracałeś co roku?
Robert: Gdy na początku lat 80. zaczęliśmy regularnie odwiedzać Swamiego, pierwszy przewodniczący amerykańskiej Rady Sathya Sai (President of the American Council), dr Jack Hislop, odbył rozmowę ze Swamim. Baba powiedział mu, że powinienem dołączyć do amerykańskiej Rady Sathya Sai. Dr Hislop przekazał mi tę wiadomość, a kilka tygodni później w czasie naszej wizyty w Indiach, Swami osobiście to potwierdził.
Przez następne 20 lat miałem zaszczyt ściśle współpracować z dr. Hislopem, najpierw jako przewodniczący regionu i współprzewodniczący amerykańskiej Rady Sathya Sai. Współpracowałem z nim również w amerykańskim Truście Sathya Sai, który jest charytatywnym trustem Swamiego w USA. W 1984 roku Swami mianował mnie przewodniczącym Trustu Sathya Sai w USA. Pełnię tę funkcję ponad 40 lat.
Od tego momentu podczas każdej kolejnej wizyty Swami rozmawiał ze mną o obowiązkach organizacyjnych - doradzał mi, korygował mnie i inspirował do wypełniania jego misji na Zachodzie.
Pamiętam Boże Narodzenie w połowie lat 80., kiedy wielbiciele z Zachodu przygotowywali coroczne przedstawienie teatralne. Swami podszedł do człowieka, który je reżyserował, i zapytał: "Czy to ty jesteś reżyserem?". Wielbiciel odpowiedział: "Nie, Swami. To ty jesteś reżyserem. Ja jestem tylko asystentem reżysera". Swami od razu go skorygował: "Swami nie potrzebuje asystentów - tylko narzędzia".
To stwierdzenie towarzyszy mi od tamtej pory. Jesteśmy jedynie jego narzędziami - wykonujemy jego wolę, niezależnie od tego, kiedy i jak postanowi.
Swami wykorzystywał każdą chwilę, nawet tę najzwyklejszą, aby przekazywać nauki. Jego pytania mogły brzmieć prosto, na przykład: "Skąd pochodzisz?", ale każde słowo miało głębokie znaczenie. Czy to w trakcie intereview, czy przez obserwację w milczeniu na werandzie, Swami nieustannie kształtował, kierował i pogłębiał nasze rozumienie.
Kiedy Swami pozwolił mi siedzieć na werandzie, w tym świętym miejscu poza mandirem i pokojem interview, miałem błogosławieństwo widzieć niezliczone boskie spotkania. Dzięki tym chwilom i osobistym wskazówkom Swami cierpliwie pokazywał nam, jak jego organizacja na Zachodzie powinna uosabiać jego miłość i nauki.
Arawind: Byłoby wspaniale to wiedzieć. Jaka była wizja Swamiego dotycząca organizacji na Zachodzie i jaka była jego wizja organizacji jako całości? Dla przykładu, w dyskursie wygłoszonym w czasie obchodów 50. urodzin w 1975 roku, Swami oświadczył, że jedynym celem Organizacji Sathya Sai jest przekazywanie wszystkim wiedzy o prawdzie - że jest tylko jeden Bóg. Nie ma innego celu. Tak więc jakie wytyczne dał Swami względem codziennego funkcjonowania organizacji - wytyczne związane z tym najważniejszym celem?
Robert: (uśmiecha się) To prawdopodobnie temat na bardzo długą dyskusję. Ale ogólnie rzecz biorąc, Swami chciał, aby jego organizacja i jej liderzy służyli jako żywe przykłady. Gdy Swami udzielił ślubu Dianie i mnie, dał nam wskazówkę: "Wracajcie i bądźcie przykładem doskonałych wielbicieli". Oczywiście nikt nie jest doskonały, ale taki był jego ideał.
Przez lata organizacją Swamiego kierowało wielu wspaniałych ludzi. Czasami Swami chwalił ich jako doskonałe przykłady. Innym razem narzekał na niektórych. Pewnego razu zapytałem Swamiego o jednego z takich liderów: — Jeśli jest takim okropnym liderem, a ty go mianowałeś, to dlaczego go nie usuniesz?
— Niektórzy są przykładem tego, jak należy się zachowywać. Inni są przykładem tego, jak nie należy się zachowywać — odparł Swami.
Odpowiedź ta pozostała w mojej pamięci. Organizacja Swamiego nie mogła być idealna - żadna grupa ludzi nie może być idealna. Jednak celem zawsze było dążenie do jak najlepszego reprezentowania jego przesłania i nauk przez ludzi, którzy potrafili wcielać je w życie.
Czuję się ogromnie szczęśliwy, że przez wiele lat ściśle współpracowałem z dr. Jackiem Hislopem, niezwykłym człowiekiem i prawdziwym wielbicielem. Było to przed erą Internetu. Jack co tydzień pisał do nas listy, w których omawiał działania Swamiego i organizacji. Często nas odwiedzał. Żył zgodnie z naukami Swamiego, bez ego. Jak mawiała moja żona: "Nie ma Jacka!". Każda rozmowa zaczynała się od słów: "Swami mówi...". Jack Hislop w pełni przyswoił i praktykował przesłanie Swamiego.
W ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat Organizacja Sai została pobłogosławiona kolejnym wspaniałym liderem, dr. Narendranathem Reddy'm. Praca z nim jest prawdziwą przyjemnością. Dr Reddy jest prawdziwym narzędziem Swamiego, znakomitym propagatorem nauk Swamiego, z niezachwianą wiarą w rzeczywistość jego boskości i w prawdę, że my też jesteśmy boscy i że możemy tę boskość urzeczywistnić.
Organizacja Swamiego ma zawsze ten sam cel: pomóc każdemu z nas uświadomić sobie własną boskość przez studiowanie nauk, możliwość służenia innym i oddanie prawdzie. To dlatego Sai założył organizację zarówno w Indiach, jak i na świecie.
Jak już wspomniałem, Swami zawsze traktował organizację międzynarodową jako oddzielną od organizacji indyjskiej. Miał świadomość, że potrzeby wielbicieli w Indiach różnią się od potrzeb wielbicieli za granicą. Dlatego przez całe życie utrzymywał podział między tymi organizacjami, a ta struktura funkcjonuje do dziś.
Arawind: Tak, pamiętam, że oglądałem film wideo, w którym wypowiadałeś się na ten temat. Bardzo dużo zrozumiałem. Niedawno obejrzałem ten film ponownie, trwa około godziny i piętnastu minut. Pierwsze 15-20 minut dotyczyło twoich doświadczeń ze Swamim. Było to bardzo jasne. Dlatego nie zadawałem ci zbyt wielu pytań na temat organizacji, ponieważ bardzo dobrze odpowiedziałeś na nie w tym filmie.
Robert: Wiele osób nie wie o Swamim, ponieważ nie miały okazji go obserwować. Jedną z jego wyjątkowych cech była skrupulatność, z jaką angażował się w każdy szczegół, bez względu na to, jaki był niewielki lub nieistotny.
Pamiętam pewne zdarzenie, które miało miejsce podczas budowy szpitala specjalistycznego w Puttaparthi. Wtedy miałem szczęście przebywać na werandzie. Po interview, przed bhadżanami, Swami wzywał osoby zaangażowane w budowę i funkcjonowanie szpitala. Nieoczekiwanie wezwał również mnie.
Rozmawiali w języku telugu lub hindi, a Swami powiedział: "Mamy gościa. Mówcie po angielsku". Przeszli na angielski i zaczęli omawiać szczegóły. Swami określił kolor szpitalnej pościeli - zielony. Podał, ile furlongów i jardów trawy należy posadzić, skąd pozyskać rośliny do zagospodarowania terenu, oświetlenie, wejście - każdy szczegół.
Myślę, że zostałem wezwany nie tylko dlatego, abym cieszył się błogosławieństwem dodatkowego czasu spędzonego ze Swamim, ale także dlatego, abym zobaczył niezwykłą uwagę, jaką poświęcał każdemu aspektowi swojej pracy. Ta sama szczególna troska dotyczyła również jego międzynarodowej organizacji. Wiedział, co istnieje i czego chce. Zanim odszedł, upewnił się, że wszystko jest przygotowane na przyszłość organizacji. Niestety, niektórzy ludzie uważali, że mają prawo zmienić to, co stworzył Swami. Na szczęście nie udało im się to.
Arawind: Tak, to również jest częścią jego boskiej gry. Jestem bardzo wdzięczny, że im się nie udało. Robercie, powiedziałeś, że zapisałeś wszystko, co Swami ci powiedział lub co powiedział w twojej obecności. Bardzo mnie to interesuje. Ale jak powiedziałeś, jest to temat na inną rozmowę. Czas minął niepostrzeżenie; rozmawiamy już prawie 100 minut! Zanim zakończymy, czy mógłbyś mi coś obiecać - że spotkamy się ponownie, wirtualnie lub gdy przyjadę do USA w listopadzie, abyś mógł podzielić się niektórymi z tych skarbów?
Robert: Polecam ci lekturę książek Diany: Boskie wspomnienia Sathya Sai Baby i Boskie lekcje Sathya Sai Baby. Przeczytaj Boskie lekcje Sathya Sai Baby. To wspaniała książka zawierająca wiele doświadczeń Diany, które były znacznie dłuższe niż moje, a także sporo moich doświadczeń, które przez lata zapisywałem w notatnikach i dziennikach. To wspaniałe źródło inspiracji - spojrzenie nielicznych osób, ponieważ nie każdy miał tę wyjątkową szansę spędzać tak dużo czasu ze Swamim i obserwować jego spotkania z innymi.
Arawind: Zanim zakończymy rozmowę, mam ostatnie pytanie. Przyszedłeś do Swamiego w poszukiwaniu prawdy. Swami powiedział ci, że twoją drogą jest bhaktijoga. Teraz, gdy nie ma go już fizycznie, jakie działania podejmujesz w swoim dążeniu do prawdy i samorealizacji przez bhakti? Jestem pewien, że ta odpowiedź pomoże wielu wielbicielom.
Robert: Chociaż Swamiego nie ma z nami fizycznie, to duchowo jest z nami bardzo blisko. Ostatni raz byliśmy z żoną w Indiach w Boże Narodzenie, tuż przed jego odejściem. Widzieliśmy, że jego stan fizyczny się pogorszył, ale nie przyszło nam do głowy, że koniec jest bliski. Gdy po ostatnim darszanie Swami opuszczał Sai Kulwant Hall, aby udać się do swojej rezydencji, zatrzymał samochód w pobliżu miejsca, gdzie Diana siedziała przy bramie. Poprosił kierowcę, aby się zatrzymał, i powiedział do niej: "Swami nigdzie się nie wybiera".
Były to prorocze słowa, biorąc pod uwagę, że kilka miesięcy później Swami opuścił ciało. Myślę, że wypowiedział te słowa, aby zapewnić Dianę i wszystkich wielbicieli, że chociaż nie ma go już w formie fizycznej, to nigdy nas nie opuścił i nigdy tego nie uczyni. Nigdzie nie odszedł. Jest z nami teraz i będzie z nami do końca naszych dni.
Arawind: Dziękuję, Robercie.
Robert Baskin z USA
* * * * *
Robert Baskin po raz pierwszy spotkał Swamiego w 1978 roku. Przyjechał do Indii na planowany pobyt na 1-2 miesiące, na kurs letni w 1978 roku i za namową Swamiego pozostał w aszramie przez 2 lata. Robert i jego żona Diana ponad 50 razy wracali do Prasanthi Nilayam, aby przebywać ze Swamim. Ich doświadczenia zostały upamiętnione w książkach, które napisała Diana - "Boskie wspomnienia" i "Boskie lekcje". Robert jest szczerym poszukiwaczem duchowej prawdy i samorealizacji oraz człowiekiem oddanym Swamiemu i jego boskiej misji.
Gdy w 1983 roku Robert Baskin wrócił do Kalifornii, Swami mianował go przewodniczącym Trustu Sathya Sai w USA. Robert służy najdłużej spośród wszystkich członków amerykańskiego trustu. Był osobą funkcyjną, przewodniczącym trustu i przez 40 lat świadczył usługi doradztwa prawnego dla Trustu Sathya Sai w USA, Organizacji Sathya Sai w USA i Międzynarodowej Organizacji Sathya Sai na poziomie międzynarodowym. Był przewodniczącym regionu Organizacji Sathya Sai w USA i przez wiele lat pełnił różne funkcje. Obecnie Robert Baskin jest dyrektorem Światowej Fundacji Sathya Sai, która zajmuje się sprawami politycznymi i prawnymi Międzynarodowej Organizacji Sathya Sai.
Tłum. Dawid Kozioł
Źródło:
Sathya Sai - The Eternal Companion, vol. 4, issue 11, November 2025
Sathya Sai - The Eternal Companion, vol. 5, issue 2, February 2026
www.sathyasai.org/sites/default/files/pages/eternal-companion/vol-4/issue-11/eternal-companion-vol-4-issue-11.pdf
www.sathyasai.org/sites/default/files/pages/eternal-companion/vol-5/issue-2/eternal-companion-vol-5-issue-02.pdf
27.02.2026
**Pobierz tekst do druku