Powrót do domu
Jak Śri Sathya Sai Baba wszedł do mojego życia
Był rok 1997, gdy moi rodzice po raz pierwszy zabrali mnie do ośrodka Sai w mieście Monterey, w Meksyku. Miałem zaledwie 7 lat. Wtedy oczywiście nie byłem specjalnie zainteresowany znalezieniem duchowego mistrza w tym życiu. Dzisiaj minęło prawie 29 lat od chwili, gdy Śri Sathya Sai Baba wezwał mnie do siebie.
Nie mam wątpliwości, że to nie zasługi zgromadzone w tym życiu ani nawet w poprzednim życiu sprawiły, że Sai wezwał mnie tak wcześnie. Często słyszałem, że to zasługi zebrane z setek, a nawet z tysięcy wcieleń pozwalają nam nie tylko urodzić się w czasach Bhagawana, lecz także zostać wezwanym, aby za nim podążać. Jednak wezwanie to pozostaje dla mnie głęboką, pełną miłości tajemnicą.
Wczesne korzenie wiary
Od najmłodszych lat dzięki matce byłem blisko Boga. Nauczyła mnie tradycyjnych modlitw katolickich - "Ojcze nasz" i "Zdrowaś Mario" - i mówiła o Bogu jako o wszechmogącej istocie, Stwórcy wszystkiego. Po narodzinach zostałem ochrzczony, a później zapisany do szkoły katolickiej, gdzie uczono Ewangelii Jezusa. We wczesnym dzieciństwie znajdowałem się pod silnym wpływem ortodoksyjnej tradycji katolickiej.
Wówczas nie zadawałem zbyt wielu pytań. Bóg wydawał się mi interesujący, a nawet ekscytujący. Powoli zaczęły pojawiać się pytania dotyczące stworzenia i pochodzenia wszystkiego. Z czasem mój świat duchowy zaczął się rozszerzać. W szkole uczyłem się o Jezusie i ewangeliach, a w ośrodku Sai śpiewałem bhadżany i oglądałem zdjęcia przedstawiające różne imiona i postacie Boga. Coś we mnie zaczęło rozumieć, że boskość nie ogranicza się do jednej postaci.
Kiedy pytania znalazły formę
Gdy miałem 8-9 lat zacząłem chodzić na zajęcia z edukacji duchowej w ośrodku Sai. Byłem jedynym uczniem. Miałem więcej pytań, ale nie odrzucałem ich; przyjmowałem je z mieszaniną ciekawości i zdziwienia. Nie pamiętam dokładnie, co się ze mną działo, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem zdjęcie Śri Sathya Sai Baby, ale pamiętam, że byłem tam dla niego. I oczywiście także z powodu moich rodziców, którzy również zostali wezwani.
Wkrótce dowiedziałem się, że Śri Sathya Sai Baba jest Bogiem. Kropka. Nie było żadnych szczegółowych wyjaśnień. On był Bogiem i oczekiwano ode mnie, że to zaakceptuję. W tym samym czasie poznałem żywoty i nauki innych wielkich mistrzów i tradycji, takich jak Budda, Allah i Zoroaster. Zaczynałem rozumieć, że katolicyzm, choć bardzo znaczący, nie był jedyną drogą, przez którą Bóg objawił się światu.
Zwyczajnie zaakceptowałem to wszystko - być może nawet ślepo. Jeśli powiedziano mi, że Sai jest Bogiem, to był Bogiem. Pamiętam, że w szkole nosiłem naszyjnik ze zdjęciem Swamiego, a kiedy koledzy z klasy pytali mnie, kto to jest, odpowiadałem całkiem naturalnie: "To ojciec Jezusa". Na szczęście żaden nauczyciel nie zadawał mi następnych pytań; podejrzewam, że gdyby tak się stało, to dostałbym upomnienie.
Opór, wątpliwości i przyswojone lekcje
W szkole studiowaliśmy ewangelie, ale nie zauważyłem, aby dzięki temu w moich kolegach zaszła jakaś wyjątkowa przemiana. Wręcz przeciwnie, wielu z nich było bardzo hałaśliwych, a czasami nawet nieżyczliwych. W międzyczasie kontynuowałem bardziej kompleksową edukację duchową, która wykraczała poza jedną tradycję. Po zakończeniu zajęć z Edukacji Duchowej Sai uczestniczyłem w zajęciach z Edukacji w Wartościach Ludzkich, które prowadziła moja mama w różnych przestrzeniach społecznych, w tym w bibliotekach publicznych.
W roku 2003, gdy miałem 13 lat, po raz pierwszy pojechałem z rodzicami i młodszą siostrą do Indii, aby zobaczyć Śri Sathya Sai Babę w Prasanthi Nilayam. Dołączyliśmy do grupy wielbicieli z Meksyku, co było wówczas powszechną praktyką. Wtedy byłem już ukształtowanym nastolatkiem z jasnym wyobrażeniem o tym, kim jest Sai, i czułem głęboką ciekawość i pragnienie, aby zobaczyć go osobiście.
Podróż do Indii wiązała się z różnymi fizycznymi niewygodami, do których nie byłem przyzwyczajony. Dzisiaj rozumiem, że wszystko to było częścią boskiego przedstawienia. Pierwszy darszan otrzymałem, gdy wcześnie się obudziłem, stałem w kolejce i wszedłem do mandiru - ogromnej sali pełnej much, gdzie czekaliśmy na pojawienie się Sai Baby.
Cicha transformacja
Swami wreszcie wyszedł na darszan, ale nie mam wyraźnego wspomnienia jego fizycznej postaci. Nie mogę sobie przypomnieć, czy wyszedł na nogach, czy przyjechał meleksem, którego czasami używał. Pamiętam jednak doskonale, że gdy ujrzałem Swamiego, moje serce zaczęło bić szybciej. Doświadczyłem tego, co opisuje wielu innych ludzi - nieopisanego uczucia, jakbym w końcu dotarł do domu, do miejsca, do którego rzeczywiście należę. W tamtej chwili wiedziałem, że Śri Sathya Sai Baba jest dla mnie drogą. Ta chwila była jedynie początkiem długiej podróży.
Wiem, że łaska zobaczenia Swamiego w fizycznej postaci nie była przypadkiem, ale wynikiem zgromadzonych zasług. Wiem również, że moja podróż powrotna do jaźni - do źródła, od którego kiedyś odszedłem - nabierała głębokiej i cichej siły.
Przebudzenie jest teraz
Dorastałem w otoczeniu nauk Sai i jego wielbicieli. Słucham go w swoim sercu. On mnie prowadzi, kształtuje, kocha i chroni - czasami jako nauczyciel, czasami jako bliski przyjaciel, czasami jako matka, a czasami jako ojciec. Podążam ścieżką życia i stopniowo coraz bardziej rozumiem jego przesłanie miłości i jedności. Cały czas się uczę. I jeśli jest coś, co wiem na pewno, to to, że Swami nie przyszedł, aby zmienić moje życie - Swami przyszedł, aby przypomnieć mi, kim naprawdę jestem. Teraz rozumiem, że życie jest boską grą, okazją do realizowania się przez świadome działanie i indywidualny wysiłek. Największym błogosławieństwem jest mieć prawdę za swojego mistrza i Pana.
Teraz jest czas. Teraz jest przebudzenie. I nie mam żadnych wymówek.
Miguel Montes z Meksyku
(dk)
Źródło: Sathya Sai - The Eternal Companion, vol. 5, issue 3, March 2026
www.sathyasai.org/sites/default/files/pages/eternal-companion/vol-5/issue-3/eternal-companion-vol-5-issue-03.pdf
13.03.2026
**Pobierz tekst do druku