STRONA GŁÓWNA | SATHYA SAI BABA | NAUKI | ORGANIZACJA | PUBLIKACJE | AKTUALNOŚCI | MYŚL DNIA | GALERIA | JEDZIEMY DO SAI | KONTAKT Z NAMI | MULTIMEDIA | DYSKURSY MP3 | LINKI | MAPA SERWISU | SKLEP









:: Wieści z Prasanthi Nilajam

powrót do Wieści z Prasanthi Nilajam




Sai Gita

zadziwiająca opowieść o niezrównanej miłości


Spojrzenie Swamiego - jedyny taki dzień

Wydarzyło się to ponad 15 lat temu. W świętej wiosce Puttaparthi był spokojny poranek. Gdy słońce posprzątało przygnębiający nieład nocy swoimi przyjemnie przenikającymi promieniami kojącego porannego światła, Bhagawan, udzielając boskiego darszanu, napełnił serca wielbicieli ciepłem swojej miłości. Bhadżany skończyły się jak zwykle o godzinie 9.30, a Swami udał się do swojego pokoju. Aszram ponownie spowiła przenikliwa cisza.

Gdy wielbiciele rozeszli się niosąc spokój pełnego błogości poranka w czarach swoich serc, ich umysły i zmysły zaprzątała tylko jedna myśl: "Kiedy ponownie otrzymam darszan Pana?". Wiedzieli, że będą musieli czekać przynajmniej 5 godzin, aby znowu usłyszeć darszanową muzykę roznoszącą się po cichych miejscach mandiru Prasanthi i uspokoić swoje szukające błogości dusze.


Niespotykana opowieść o miłości

Byłoby tak każdego innego dnia. Lecz tego dnia czekała ich miła niespodzianka. Była godzina 11.30, gdy zupełnie nieoczekiwanie usłyszeli syrenę policyjnego pilota, który prowadził eskortę Swamiego! Nagle wszędzie zapanowało poruszenie, jakby aszram miał w jednej chwili przygotować się na najważniejsze wydarzenie. Swami odbywał jedną ze swoich 'niezaplanowanych' przejażdżek wokół mandiru, w czasie których jechał aż do superspecjalistycznego szpitala znajdującego się 5 kilometrów dalej.

Lecz gdzie dokładnie pojedzie dzisiaj Swami? "Czy odwiedzi akademik, szpital czy szkołę, czy jest to tylko przejażdżka?". W każdym umyśle trwała zgadywanka. Po obu stronach drogi było mnóstwo wielbicieli starających się jakoś znaleźć trochę miejsca dla swojej szyi, aby nie przegapić tego dodatkowego błogosławieństwa w dzisiejszym dniu. Wszystkie dzieci ze szkoły wyższej im. Iśwarammy oraz studenci z akademika ustawili się po obu stronach drogi. Kiedy samochód Swamiego dotarł w pobliże akademika, zwolnił, a on podniósł ręce udzielając błogosławieństwa wszystkim rozpromienionym twarzom, które wciskały się, aby otrzymać to cenne spojrzenie.

Sai Gita prosi swojego Pana

W tym czasie Sai Gita, ulubiona słonica Swamiego, przebywała na dużym, krytym, ogrodzonym terenie przed akademikiem starszych chłopców. Najwyraźniej na dźwięk syreny szybko pobiegła do bramy i gdyby nie jej opiekun, roztrzaskałaby ją. Była na drodze jeszcze zanim ustawili się chłopcy. Tego dnia wydawała się zbytnio podekscytowana, aby jej poganiacz trzymał ją pod kontrolą, czym sprawiła mu kłopot. Nadjechał samochód Swamiego, a Sai Gita ruszyła naprzód. Wszyscy zgromadzeni, którzy widzieli jak Sai Gita podnosi trąbę w pozdrowieniu, kiedy tylko zobaczyła Swamiego, byli tego dnia świadkami niezwykłej sceny. Jej masywna trąba rozłożyła się ociężale na masce samochodu. Słonica nie chciała się ruszyć mimo próśb. Jej uszy trzepotały w zastraszającym tempie, wyglądała na zaniepokojoną.

Szklana szyba od drzwi po stronie Swamiego została bezgłośnie opuszczona i zanim ktokolwiek zdołał zebrać się wokół, trąba Sai Gity zręcznie zsunęła się z maski samochodu, wcisnęła się przez okno i bardzo delikatnie dotknęła policzka i włosów Swamiego. To był taki subtelny, uroczy i słodki widok. Wśród zgromadzonych zapadła cisza. Nikt nie chciał przegapić nawet ułamka sekundy z tej boskiej gry. Tych dwoje przekazało sobie coś subtelnego - być może było to przesłanie rozumiane przez tych, którzy mają naprawdę czyste serca - po czym Sai Gita zabrała trąbę z okna samochodu. Następnie na sygnał Swamiego, chłopiec siedzący na przednim siedzeniu szybko otworzył drzwi.

Swami wysiadł z samochodu i trzepotanie uszu Sai Gity od razu spowolniło do łagodnego machania. Kiedy do niej podszedł, szepcząc czułe słowa, falowała uszami do tyłu, a jej trąba sięgnęła jego stóp, aby je pogłaskać. Swami dotknął ją, a stojący najbliżej mogli zrozumieć szmer przebiegający przez jej ogromną posturę, ponieważ cieszyła się z błogosławieństwa. Jedynie ci z najbliższego otoczenia słyszeli słodką rozmowę między Sai i jego ukochaną Gitą. Swami mówił do niej łagodnie i słodko w telugu.

"Daj spokój Gita, muszę jechać" - powiedział, klepiąc ją po trąbie.

Łagodnie zaprotestowała, a jej trąba podniosła się, by ponownie spocząć na masce samochodu. To było bardzo głośne "Nie!".

"Chcę jechać Gita, daj spokój, daj spokój, rusz się" - powiedział Swami, sięgając ręką, aby pogłaskać ją po policzku. I nagle błysnął diament, kropla rosy, która była połączeniem jej miłości z nim, niemym wyrazem jej uczuć; łza znalazła drogę po policzku, na którym spoczywała jego ręka. Obserwowali to studenci i wielbiciele, popłynęło więcej łez i zwilżyło jego dłoń. Swami spojrzał na Sai Gitę i ze zrozumieniem pokiwał głową. Jej uszy stały spokojnie, nieruchomo, jej masywna głowa w kształcie kopuły, opadała.

"Dobrze, dobrze, nie pojadę!" - powiedział Swami ze współczuciem.

Uszy od razu odrobinę się poruszyły. Nie przesunęła się ani na krok. Być może nie chciała zerwać kontaktu. Możliwe, że nie życzyła sobie, aby jej Pan zabrał rękę. Stała nieruchomo z pochyloną głową, słuchając swojego pana.

"Idź, wracaj do swojego szedu" - powiedział Swami, poklepując ją i zabierając rękę. Lekko potrząsnęła głową. To było kolejne wielkie "Nie".

"Wrócisz, jeśli ja powrócę do aszramu?" - zapytał Swami.

Cofnęła się kawałek, lecz tylko odrobinę - jej trąba wciąż leżała na masce samochodu.

"Dobrze, dobrze, nie pojadę, wracam do aszramu. Jesteś szczęśliwa?" - zapytał ją.

Wyraźnie drżała ze szczęścia i odpowiedziała twierdząco w swoim własnym języku. On oczywiście zrozumiał.

"Grzeczna dziewczynka, grzeczna dziewczynka" - powiedział Swami.

Sai jest owładnięty miłością Sai Gity

Następnie odwrócił się do studentów i wziął od nich chusteczkę. Obrócił się do Gity, otarł jej łzy i ponownie patrząc na chłopców, powiedział spontanicznie: "Miałem zamiar jechać dzisiaj do Brindawanu (Bangalore)".

Te słowa były zupełnie zaskakujące! Oniemieli chłopcy po prostu wpatrywali się w niego. Euforia, z jaką rozkoszowali się boskim romantyzmem, zwyczajnie wyparowała! Chłopcy tylko 'mrugali porozumiewawczo', ponieważ pragnęli lepszego wytłumaczenia. "Swami zamierzał jechać do Brindawanu i nikt z nas o tym nie wiedział? Żadnej wiadomości ani wskazówki. Mogliśmy stracić Swamiego?". Wszyscy chłopcy stali tam ze złożonymi rękami i mieli mętlik w głowach.

Jego wzrok przebiegł po wszystkich chłopcach. Po wykorzystaniu tej samej chusteczki do wytarcia swoich rąk, Swami kontynuował: "Chciałem jechać po cichu bez dużego zamieszania, ale popatrzcie na nią". Jego oczy spojrzały na Sai Gitę, podobnie jak sto innych. "Wiedziała o tym, wyczuła to. W jakiś sposób pojęła, że Swami wyjeżdża i płakała, papam (biedactwo!)". Swami obejrzał się za siebie na Sai Gitę, jego oczy śledziły jej trąbę, która znajdowała się teraz u jego stóp. Kilku chłopców spuściło wzrok i zobaczyło, że słonica delikatnie odsuwa na bok jego szatę leżącą na ziemi i z miłością dotyka lotosowych stóp. Swami łagodnie, ale zdecydowanie, pchnął ją i przestała oddawać cześć.

"Widzicie, ra (kochani), widzicie!" - komentował Swami patrząc na chłopców, gdy siedział w samochodzie. "Gita kocha Swamiego tak bardzo, że potrafi wyczuć uczucia Swamiego. Przyszła do Swamiego, gdy była małym słoniątkiem, minęło już tyle lat, ale widzicie? Jej miłość tylko wzrosła -rozszerzenie miłości. To jest oddanie".

Oddanie zmienia 'mój umysł' i 'Jego umysł' w 'jeden umysł'

Jeśli potraficie szukać Pana w każdej komórce swojej istoty, jeśli tęsknicie za Nim w każdej jednej sekundzie swojego życia, jeśli na tym świecie nie interesuje was nic innego oprócz Jego postaci i bliskości, wtedy 'mój umysł' i 'Jego umysł' nie będą już dłużej istnieć, lecz wszyscy staniecie się 'jedną świadomością'. Wtedy będziecie w doskonałej harmonii z Bogiem, tak jak Sai Gita. Czy nie jest niesamowite obserwowanie zwierzęcia, które tak bardzo kocha Pana?

Porównania znajdziecie tylko w starożytnych eposach: u Hanumana, największego wielbiciela Pana Ramy w postaci małpy, u Dżataju, ptaka, który poświęcił swoje życie, walcząc dla matki Sity, czy u krów z Gokuli, które umierały bez jedzenia i picia, jeśli Kriszna nie towarzyszył im w pasterskich gajach. Nie musicie czytać świętych pism i wizualizować okiem umysłu tych pięknych scen z Bhagawatam, aby napełnić się boską błogością. Wystarczy tylko ujrzeć Sai z jego Gitą. Ta sama boska lila rozgrywa się ponownie w tej epoce. Jakież mamy szczęście! Życie Sai Gity ukazuje całej ludzkości szczyt głębokiej miłości i poddania, na który pewnego dnia powinien się wspiąć każdy wielbiciel Pana.

Nadszedł czas, aby przedstawić świętą sagę...

Było to na wycieczce z kilkoma wielbicielami do lasu Muddumalai w 1962 roku, kiedy Swami po raz pierwszy zobaczył łagodne, pełne radości maleństwo, jakim była wtedy Sai Gita. Jego miłość i sympatia do tej małej słonicy, która zaraz po urodzeniu straciła matkę, była niezwykła. Gdy urzędnicy leśni podarowali słoniątko Swamiemu, przyjął je z radością.

Wkrótce poczyniono przygotowania i mała dama przyjechała do Puttaparthi w przestronnym i wygodnym pojeździe eskortowanym przez czterech wolontariuszy Sai. Odtąd osierocone przez matkę dziecko nigdy nie opuściło swoich rodziców. Prawdę mówiąc, o miłości i cieple, jakie otrzymała Sai Gita, nie może marzyć żadne inne stworzenie w całym królestwie zwierząt, a nawet w królestwie istot żywych. Została obdarzona matką, która stworzyła wszystkie pozostałe matki na tym niezrównanym świecie.

Tak, między Sai Gitą a Swamim od samego początku wytworzyła się słodka pod każdym względem relacja matka-dziecko. To Swami nadał jej imię, codziennie ją karmił i głaskał, znalazł specjalistów w dziedzinie medycyny, aby jej doglądali, mianował ludzi i wyznaczył im zadania, aby dbali o jej wszystkie potrzeby, a jako mierzący zaledwie 90 cm uroczy malec, podążała za Swamim wszędzie, nawet do pokoju rozmów!


            Opowieść zaczyna się...         ...będzie pielęgnowana przez całe wieki

Po latach Swami potwierdził to w rozmowie z panem B. N. Narasimha Murthy'm. Wtedy powiedział: "To, co widziałeś, to nic, Sai Gita wchodziła razem ze mną do mojego pokoju. Jej pierwsza przestrzeń życiowa znajdowała się w istocie zaraz obok sypialni Swamiego.

Postawiono mały szed (barak) z grubą warstwą piaszczystego podłoża, dobudowany do ściany bocznej mandiru Prasanthi po zachodniej stronie, i Swami mógł ją zawsze widzieć ze swojej sypialni. Sai Gita, otoczona jego pełną miłości i opiekuńczą łaską, wyrosła na zdyscyplinowaną i oddaną duszę. Była przykładem do naśladowania nawet jako dziecko.

Codzienne 'spotkania' z Bogiem

Wspominając radosne i pełne harców dni Sai Gity, pani Gita Mohan Ram, która przybyła do Swamiego już w 1943 roku, mówi:

"Mam cudowne wspomnienia o małej słonicy Sai Gicie z czasów, gdy po raz pierwszy przywieziono ją do Puttaparthi. My, dzieci, chodziliśmy za nią wszędzie w tamtych czasach, kiedy w aszramie przebywało zaledwie kilkaset osób. Byliśmy zawsze zdziwieni jej całkowitym oddaniem dla Swamiego oraz jej ekscytacją, jak tylko wyczuła z daleka jego obecność. Wówczas Swami dość często odwiedzał szed Sai Gity, a ona wiedziała, że się zbliża, jeszcze zanim zdążyliśmy go dostrzec".

"Wstawała wcześnie rano o godzinie 3.00 i jej ówczesny opiekun Murali szedł z nią nad rzekę Czitrawati, aby wzięła kąpiel, po powrocie wyglądała bardzo schludnie z namam i kumkum na czole i mając nas za sobą, biegła wokół mandiru Prasanthi Nilajam, okrążając to najświętsze miejsce trzy razy każdego ranka. Później cierpliwie czekała na Swamiego, aż pojawi się w pobliżu dawnego lotosowego kręgu (gdzie obecnie siedzą studenci z grupy śpiewającej Wedy); gdy tylko zauważyła Swamiego wychodziła do przodu, aby udekorować go girlandą i dotknąć jego ukochanych stóp swoją trąbą".


       Dekorowanie Pana girlandą...   ...przywilej, którego wszyscy jej zazdrościli

"To nie zmieniało się przez lata" - przyznaje obecny opiekun Sai Gity i kontynuuje: "Chociaż jej zwinność z wiekiem zmalała, to nawet teraz pierwsze, co robi, gdy tylko dostanie szansę przebywania w obecności Swamiego, to dotyka jego stóp".

Jej czyste oddanie i Pan - para stworzona w niebie

Na początku lat 60. regularne spotkania Swamiego z Sai Gitą były widokiem, jakiego wielbiciele oczekiwali z wielką niecierpliwością i z ogromną radością. Sai Gita czekała u bramy prowadzącej na stronę kobiet, gdzie obecnie do Sai Kulwant Hall wjeżdża samochód Swamiego i jeśli z jakiegoś powodu darszan był opóźniony, stawała się bardzo niecierpliwa. Wykrzywiała swoją małą trąbę i kręciła nią, co pewien czas energicznie trzepotała uszami wielkości liści lotosu, a jej szybkie i silne nogi były niestabilne i rozbiegane, niecierpliwie patrzyła na mandir, nie mogąc znieść opóźnienia.

Kiedy przyszedł Swami, było to w pełni boskie emocjonujące przeżycie, nie tylko dla Sai Gity, lecz dla każdego wielbiciela, który był świadkiem tej subtelnej gry czystej miłości. Swami najpierw podszedł do słonicy, a ona niemal uklękła - jej tylne nogi były na wpół zgięte, a przednie podwinięte do granic możliwości. Miała teraz jedynie 90 cm wzrostu i trzy razy podniosła swoją trąbę w górę i w dół w geście pozdrowienia. Gdy już ofiarowała pokłony u jego stóp, wzięła girlandę, uniosła ją bardzo ostrożnie swoją zwinną trąbą na ponad 1,5 metra - wysokość postury swojego ukochanego - a następnie z wielką radością spuściła ją przez bujne włosy Swamiego na jego ramiona. Natomiast Swami posłał jej czarujący uśmiech, pogłaskał ją czule po policzkach i zaczął do niej słodko mówić.


Pan dla niej na wszystkich uroczystościach

Czas stanął w miejscu obserwując Pana, jak bardzo jest swobodny w kontakcie ze swoją drogą wielbicielką. Tak jak nauczyciel, który nigdy nie jest zmęczony rozmową ze swoim najlepszym uczniem, tak samo Pan jest najszczęśliwszy przebywając ze swoją wzorową wielbicielką. Później Swami nakarmił Sai Gitę. Stała tam torba pełna owoców i wiadro tirtham (poświęconej wody) dla niej do picia.

Swami wkładał Sai Gicie do ust jedno za drugim każde jabłko (jej ulubione), a ona nie chciała być karmiona w żaden inny sposób. Śri Pedda Reddy mówi: "Do dzisiaj nie weźmie w trąbę owoców od Swamiego, będzie się upierała, aby osobiście włożył je do jej ust. Lecz gdyby to był ktoś inny, to albo odmówi albo przyjmie owoce jedynie do trąby". Tak jak dziecko, któremu najwygodniej i najbezpieczniej jest ze swoją matką, tak Sai Gita jest pełna spokoju i błogości tylko ze swoim Swamim.

Sąsiedztwo Boga

Dopiero jak Swami spędził z nią dużo czasu, niechętnie pozwalała mu odejść i kontynuować wieczorny darszan. Zatem jest to przedstawienie, które trwało przez wiele lat od czasu, gdy Sai Gita była jeszcze 'nastolatką'. Wtedy mieszkała tuż obok mandiru i było to tak, jakby dzieliła go ze Swamim. Jednak gdy liczba wielbicieli zwielokrotniła się, Sai Gitę trzeba było przenieść i Swami polecił urzędnikowi w aszramie zbudować dla niej szed na północnym krańcu mandiru, wychodzący na siedzibę Bhagawana dokładnie przed Gopuram, gdzie obecnie stoją posągi Pana Ramy, Lakszmany i Sity.

Jej mała zagroda była przestronna, miała obok studnię z wodą pitną, lecz wychodziła na wschód, co oznaczało, że Sai Gita nie mogła zobaczyć Swamiego w czasie darszanu. I było to coś, czego nie mogła znieść; front jej domu musiał być zwrócony ku zachodowi, aby mogła obserwować Swamiego wchodzącego i wychodzącego z mandiru. Najwyraźniej Sai Gita była tak mocno zaniepokojona położeniem nowego szedu, że któregoś dnia w napadzie szału zburzyła całą metalowo-betonową konstrukcję swoją wielką trąbą i siłą mięśni. Później Swami oczywiście upomniał urzędnika za to, że nieskutecznie wykonał jego polecenie, a Sai Gita otrzymała nowe lokum, które wychodziło na zachód. Szczęśliwa słonica mogła teraz nieprzerwanie obserwować Swamiego ze swojego domu.


                  Wybrane jabłka...                Pan i jego wielbicielka...

Sai Gita spędziła wiele pomyślnych lat w tym domu blisko mandiru pod koniec lat 60. i na początku lat 70. Lecz gdy rozpoczęły się przygotowania do obchodów 50. urodzin Bhagawana w 1975 roku, Sai Gitę trzeba było przenieść z terenu mandiru, aby zakwaterować spodziewany ogromny tłum. (To w czasie tych urodzin Swami udzielił nieprzebranym tłumom darszanu z helikoptera). Teraz została umieszczona w dużym szedzie w południowo-zachodnim krańcu aszramu.

Skały i głazy - żadna przeszkoda

Było to w roku, w którym Swami otworzył Śri Sathya Sai Gokulam i wkrótce Sai Gitę przeniesiono, aby zamieszkała z krowami. Po raz pierwszy znajdowała się fizycznie daleko od swojego ukochanego, lecz to nigdy ani trochę nie osłabiło jej oddania. Relacjonując to wiele mówiące zdarzenie w czasie pobytu Sai Gity w Gokulam, Śri Pedda Reddy mówi:

"Był rok 1976. Budynki szkoły podstawowej i koledżu były w budowie; konstrukcje te stawiano u podnóża dwóch wzgórz. Teren był oczywiście pofałdowany przez wielkie skały, ostro zakończone głazy i cierniste krzewy. Na polecenie Swamiego inżynierowie zbudowali groblę (wał), który ułatwiał gromadzenie wody spływającej ze wzgórza. Przeznaczono go przede wszystkim dla bawołów z Gokulam, aby z przyjemnością mogły się schłodzić i wykąpać. Odległość między miejscem prac w szkole podstawowej, gdzie Swami co jakiś czas przyjeżdżał, by nadzorować prace konstrukcyjne, a Gokulam, gdzie Sai Gita mieszkała z krowami, wynosiła około 400 metrów. Pewnego dnia, gdy Swami był na jednej ze swych wizytacji na miejscu budowy szkoły, Sai Gita jakoś wyczuła jego obecność, natychmiast uwolniła się i pobiegła w stronę Bhagawana. Zupełnie nie zwracając uwagi na straszny teren, przeskakiwała przez skały i odbijała się na głazach, interesowała się jak najmniej groblą i w kilka minut pokonała półkilometrowy 'tor przeszkód'; gdy tylko znalazła się u stóp Bhagawana pokłoniła się pokornie i stanowiła obraz spokoju oraz pogody ducha. Swami był głęboko poruszony jej miłością i oddaniem. Zajął się nią troskliwie, pogłaskał ją i powiedział do wszystkich wielbicieli wokół: 'Widzicie jej oddanie, dla porównania wszyscy jesteście dunnapotus (bawołami)'".

Chociaż Sai Gita jest zwierzęciem, naprawdę ma boskie instynkty, a my, mimo że rodzimy się jako ludzie, niejeden raz ulegamy zwierzęcym instynktom. Możliwe że jednym z najgłębszych przejawów jej niezłomnego poświęcenia i czystości oddania było wydarzenie, do którego doszło w latach 80.

W tym czasie Sai Gita przebywała w wysokim szedzie zbudowanym specjalnie dla niej przed akademikiem starszych chłopców. Została tu przeniesiona, gdy w Gokulam wzrosła liczba krów i uznano, że ważniejszą potrzebą jest zapewnienie jej większej przestrzeni, a także zwrócenie na nią większej uwagi. Zatem Central Trust nabył ten dodatkowy skrawek ziemi przed akademikiem i tak powstał przestronny na 15 stóp ogrodzony teren wysypany grubymi warstwami piasku, otoczony drzewami kokosowymi i właściwie wtulony w rośliny mangrowe. Słonica miała tu mnóstwo przestrzeni do wędrowania i do odpoczynku. Co więcej, na sąsiedniej dodatkowej ziemi uprawiano dla niej pożywienie. Oczywiście, Sai Gita nie miała tu żadnego towarzystwa, lecz chciała, aby właśnie tak wyglądało jej życie. Była szczęśliwa w samotności, szczęśliwsza ze swoim opiekunem i najszczęśliwsza, gdy był obok niej Swami.

"Przyszła tylko dla Swamiego" - Baba

To właśnie wtedy niektórzy starsi wspomnieli Swamiemu o pomyśle wysłania Sai Gity na krótko do lasu na rozród. Swami od samego początku nie wydawał się przekonany co do tej propozycji. Jednak uległ dzięki stanowczej perswazji członków starszyzny z aszramu. I stało się tak, że niechętna temu przedsięwzięciu Sai Gita została wysłana do lasu z dwoma opiekunami - Vasantem Rao i Satjanarajaną. "Podróż trwała 13 dni, odbywała się pieszo z wystarczającymi przerwami na odpoczynek w różnych miejscach po drodze" - wspomina Satjanarajana.

Poganiacz słoni kontynuuje: "Gdy dotarliśmy na miejsce, Sai Gita była najmniej zainteresowana jakimkolwiek słoniem z dżungli; nigdy nie zbliżała się do dzikich słoni, nie mówiąc już o szukaniu towarzysza. Trzymaliśmy koło Sai Gity dwa słoniątka, aby wzbudzić w niej pragnienie posiadania rodziny, lecz pozwalała malcom przebywać obok siebie, dopóki byliśmy w pobliżu, a kiedy tylko znikaliśmy z pola widzenia, bezinteresownie je odpędzała".

"Przez wiele nocy nawet po cichu słonica uciekała z dżungli i z pewnością była na drodze do Puttaparthi. Szliśmy po jej wielkich śladach i po znakach identyfikacyjnych, pozostawionych na ziemi przez grubą żelazną obręcz i łańcuch, aby następnego dnia znaleźć ją 6-7 kilometrów stąd. I tak trwało to przez trzy miesiące; nic nie mogło choćby w najmniejszym stopniu odciągnąć jej uwagi od Swamiego". Poganiacze wyczerpali wszystkie możliwości.

Satjanarajana kontynuuje: "Było to w momencie, kiedy Swami pewnego pięknego dnia zupełnie nieoczekiwanie przyjechał do lasu Mudhumalai. W lesie znajdował się kanał i samochód Swamiego zatrzymał się na jego lewym brzegu, podczas gdy my byliśmy na prawym brzegu. W chwili gdy krzyknąłem: 'Swami przyjechał', Sai Gita, która pasła się w pobliżu, zachowała się tak, jakby zawładnęła nią potężna siła. Bez chwili zastanowienia wskoczyła do kanału i zaczęła energicznie płynąć. Zaniepokojony o nią sam również wskoczyłem do kanału i próbowałem złapać ją za uszy lub szyję, ale w tym dniu nic nie mogło jej zatrzymać. Jeśli tego pamiętnego ranka dopłynęliśmy bezpiecznie na drugi brzeg, była to jedynie jego łaska.

Swami natychmiast otworzył drzwi, a Sai Gitę wypełniła błogość, gdy ją pogłaskał, poklepał i mówił do niej z największą miłością i troską. Było to tak, jakby matka odnalazła swoją dawno zaginioną córkę. W samochodzie stały torby z owocami dla Sai Gity, a Swami z miłością włożył jej do ust kilka jabłek. Sai Gitę za bardzo przepełniała radość, aby mogła jeść; po prostu zatrzymała owoce w swoich szczękach, nawet ich nie przeżuła ani nie połknęła".

Po kilku minutach Swami wsiadł do swojego samochodu i udzielił mi wskazówek, że powinniśmy pozostać na miejscu przez dłuższy czas, a gdy tylko samochód odjechał, biedna Sai Gita znalazła się w stanie godnym współczucia. Zwyczajnie nie mogła się z tym pogodzić. Sytuacja wyglądała tak, jakby w jednej chwili spadła z nieba do piekła. Wypluła wszystkie owoce i zaczęła głośno płakać. Nigdy wcześniej nie widziałem w swoim życiu nikogo tak bardzo smutnego. Ja również płakałem. Byliśmy bezradni. Sai Gita była niepocieszona. Całkowicie przygnębiona poszła naprzód, wydając pomruki. Od tej pory częściej zdarzały się jej 'nocne wypady' do Puttaparthi.

Doszliśmy do wniosku, że Sai Gita nigdy nie połączy się w parę ze słoniem i wysłaliśmy wiadomość Swamiemu, opisując jej stan. Byliśmy bardzo szczęśliwi, gdy otrzymaliśmy polecenie, że możemy wracać do Puttaparthi".

Jednak ta opowieść nie kończy się w tym miejscu. Prawdę mówiąc, teraz zaczyna się boskie przedstawienie. Po powrocie Sai Gity do Puttaparthi, po raz kolejny wskutek nalegań starszych, wezwano weterynarza. Po zbadaniu moczu Sai Gity, oznajmił: "Ona jest w ciąży". Satjanarajana i Vasant byli absolutnie pewni, że w lesie nie doszło do żadnego zbliżenia, ale nikt im nie wierzył. Nawet Swami trzymał się tego, co powiedział lekarz. Wieść, że Sai Gita spodziewa się dziecka rozeszła się po Puttaparthi lotem błyskawicy. Lekarz, który przyjechał z Kerali zamieszkał ze słonicą w szedzie, aby opiekować się nią w każdej sytuacji i po paru dniach oświadczył: "Sai Gita urodzi za kilka tygodni". Błyskawicznie wokół domu Sai Gity postawiono ogrodzenie, aby zapewnić jej potrzebną prywatność i każdy był teraz więcej niż pewny, że słonica zostanie mamą. Poza tym nawet Swami odwiedzał ją częściej i pytał o nią lekarza. Mówi się, że pewnego razu wskazał na brzuch Sai Gity i powiedział do prof. Kasturiego: "Kasturi, czy widzisz dziecko ruszające się w jej brzuchu?".

Ważny dzień zbliżał się i lekarz wreszcie oświadczył, że Sai Gita urodzi w przyszłym tygodniu. Nadszedł długo oczekiwany tydzień. W związku z tym atmosfera była gęsta i każdy wyczekiwał dobrych wieści z zapartym tchem i z entuzjazmem. Pierwszy, drugi, trzeci… powoli minęły wszystkie dni tygodnia, lecz w szedzie Sai Gity nic się nie działo. Podejrzenia ludzi rosły i cała bańka pękła miesiąc później, gdy lekarz zupełnie zmienił zdanie, mówiąc: "Ona nie jest w ciąży". Nie wiemy, jaka była bezpośrednia reakcja Swamiego na tę wiadomość, ale jesteśmy przekonani, że uśmiechnął się serdecznie i figlarnie. Otóż całe przedstawienie było urzekającym połączeniem komedii i sensacji, czyż nie? Jednak można się zastanawiać: "Jaki był cel tej boskiej gry"?

Sai Gita - uosobienie czystości

Wszystko stało się zupełnie jasne, gdy zaraz po tym zdarzeniu Swami stanowczo oznajmił zgromadzonym dokoła wielbicielom: "Sai Gita to śuddha brahmaczarin (nieskazitelnie czysty i doskonały celibat). Ona przyszła dla mnie. Nigdy nie miała i nie będzie miała kontaktu z żadnym słoniem". W tym miejscu przypominają się niezwykle ciężkie próby, jakie musiała przejść matka Sita w świętym eposie Ramajana, mimo że wszechwiedzący Pan Rama był w pełni świadom jej czystości i prawości. Każdy jeden zwrot w opowieści Pana ma dać ludzkości lekcję. On udziela tej lekcji w taki sposób, że jej wpływ rozbrzmiewa w sferze umysłu człowieka przez następne wieki.


  Kriszna ze swoją gopiką         Z Panem niezależnie od tego, gdzie się uda

Po tym całym przedstawieniu więź między Swamim a Gitą tylko się umocniła, a jej niezachwiane oddanie dla Swamiego stanowiło inspirację, której nikt nie mógł łatwo zignorować. Kiedy tylko w tamtych latach Swami jechał na długo do Brindawanu, czynił także przygotowania dla Sai Gity, aby mogła przebywać w pobliżu jego rezydencji w Bangalore. W większości przypadków Sai Gita szła drogą do Bangalore, eskortowana przez swoich opiekunów i wolontariuszy Sai, z odpowiednimi przystankami na odpoczynek zorganizowanymi dla niej na trasie w stosownych odległościach. Przeżyte chwile i wędrówki Sai Gity, nieodłącznej części historii życia Bhagawana, ściśle splatały się z tymi, które były udziałem jej ukochanego.

Oto bardzo śmieszny incydent dotyczący przybycia Sai Gity do Brindawanu opisany przez kierownika akademika Śri Sathya Sai w Brindawanie (Bangalore) Śri B. N. Narasimhamurthy'ego:

"Zdarzyło się to na początku lat 80., gdy Swami zatrzymał się w starym bungalowie w Brindawanie i w tym samym budynku spał opiekun aszramu Bangalore pan Rama Brahmam. Pewnego razu było już późno w nocy, może po północy, gdy sen Ramy Brahmama przerwały dziwne odgłosy dochodzące zza drzwi i okien. Nie były to zbyt głośne dźwięki, ale towarzyszył im tajemniczy głuchy łoskot przypominający syczenie. Zaniepokojony Rama Brahmam wyjrzał przez okno, ponieważ Swami udzielił mu dokładnych wskazówek, że nie może otworzyć drzwi, jeśli kogoś nie zna. Tym, co zobaczył przez okno w tej ciemnej godzinie, była jedynie trąba i naprawdę wpadł w panikę. Co ciekawe, w tej samej chwili z wnętrza domku przyszedł Swami i Rama Brahmam natychmiast rzucił: 'Swami, coś przyszło'. Swami tylko się uśmiechnął i uspokoił go, mówiąc: 'Nie martw się, to tylko Sai Gita'. Następnie otworzył drzwi, uspokoił Sai Gitę, która była spragniona darszanu, poczynił przygotowania do jej pobytu i dopiero wtedy udał się do swojego pokoju".

Taka jest łaska Pana. Jeśli miłość wielbiciela jest czysta, Pan nie dba o to, czy dzieje się to o północy, w powietrzu, w środku lasu czy na środku oceanu.

Jej czysta miłość i inkarnacja miłości - nierozłączni

Trwający ponad 40 lat związek Sai Gity ze Swamim to nie tylko historia pełna miłości, lecz także opowieść, która w każdym swoim aspekcie pokazuje, jak nierozerwalna może być więź czystej miłości. Przywołując słodkie doświadczenie z dni spędzonych przez Sai Gitę w Brindawanie, pani Gita Mohan Ram mówi:

"Było to w lutym 1972 roku. Swami przygotowywał się do wyjazdu z aszramu Brindawan, aby przybyć i zatrzymać się na 2 dni w domu moich rodziców (dr R. S. Padmanabhana i Kamali Padmanabhan) w mieście Bangalore. W tym czasie obchodzono Akhanda Bhadżan i tak się złożyło, że to mój ojciec i dziadek zapoczątkowali pomysł 24-godzinnego śpiewania bhadżanów w tamtych czasach. Byłam wtedy małym 8-letnim dzieckiem. Nasza czwórka - mój brat, ciocia, tata i ja - pojechała do Brindawanu, aby przywieźć Swamiego do naszego domu w Jayanagar.

Gdy Swami szykował się do wyjazdu, usłyszeliśmy Sai Gitę trąbiącą głośno z daleka za domem Swamiego. W jakiś sposób wiedziała, że Swami wyjeżdża i można było poznać po głosie, że jest zrozpaczona. Swami zareagował na jej wołanie i poszedł na tył budynku. Podążaliśmy za nim, gdy szedł szybko do Sai Gity. Po przybyciu na miejsce pogłaskał ją, delikatnie pogładził po policzkach, nakarmił ją jabłkami i wreszcie gdy zawrócił, by odejść, Sai Gita owinęła trąbą jego ramiona i przyciągnęła go lekko, ale zdecydowanie do siebie. Trzymała go mocno i nie chciała puścić. Swami mógł tylko słodko prosić i nieustannie mówił do niej w telugu: Widu Gita, widu Gita, ne powala. Podaja bangaru ne wegara wastanu! Widu Gita! - 'Gita, proszę, puść mnie, puść mnie, proszę; muszę iść, jest późno. Złotko, wrócę szybko, puść mnie, proszę!'.

Po pięciu minutach łagodnej perswazji Swamiego, Gita puściła go niechętnie. A gdy odchodził, uniosła trąbę i wciąż mocno trzymała jego prawe ramię i znowu przez kilka minut nie chciała go uwolnić. Swami próbował dać jej trochę owoców, lecz jabłko nie przyniosło pocieszenia. Nie chciała go przyjąć. W końcu po długim przymilaniu się, Swami oswobodził się od niej, ale do tego czasu jego szatę pokryła ślina Sai Gity, gdyż przez cały czas trącała go nosem. Zapominając o ślinie na swojej szacie, Swami odwrócił się do nas wszystkich i to, co wtedy powiedział, było bardzo głębokie. Oznajmił: 'Wasze oddanie powinno być pełne, takie jak jej. Sai Gity nie kuszą nawet owoce, które jej daję. Ona pragnie tylko mnie i zawsze o mnie myśli. Jeśli jesteście tacy jak ona, wówczas otrzymujecie darszan, sparszan i sambhaszan (szczęście widzenia, dotyku i rozmowy z Panem)'. Następnie ofiarował jej jedno ostatnie, pełne miłości klepnięcie i odszedł. Musiał wrócić do swojego pokoju, aby przebrać się w nową szatę i byliśmy gotowi do wyjazdu". Jakże wspaniały jest związek Sai Gity z Panem! Jakież ona ma szczęście!

Z Sai - żadnego bólu, samo dobro

Zarazem to nie jest tak, jakby życie Sai Gity było zawsze łatwe i przyjemne; miała swoje choroby i przypadłości i nawet teraz ma problemy głównie z powodu zaawansowanego wieku, jednak to martwi ją najmniej. Obecny opiekun słonicy Pedda Reddy mówi: "Ona w jakiś sposób nie czuje bólu". Jej umysł jest zawsze skupiony na Panu, a z kolei intensywność, z jaką Bhagawan troszczy się o jej dobro, jest taka sama. Gdy Sai Gita cierpiała na rozstrój żołądka wywołany nadmiernie wzdętym brzuchem, Swami natychmiast umówił specjalistów weterynarzy z Kerali i z Bangalore, aby się nią zajęli; gdy skóra na podeszwach jej stóp zaczęła się łuszczyć z powodu pryszczycy, Swami zachęcał lekarzy, by bez wahania rozpoczęli leczenie oraz zapewnił ich, że Sai Gita wkrótce wyzdrowieje i dokładnie tak się stało.

Śri Chirandżiwi Rao, który przez wiele lat był opiekunem aszramu Prasanthi Nilajam, mówi: "Gdy któregoś dnia powiadomiono Swamiego, że Sai Gita jest chora, stworzył wibhuti i osobiście poprosił mnie o dostarczenie jej świętego popiołu. Kiedy tylko jechałem do Gokulam, co zdarzało się często w tamtych czasach, zawsze prosił mnie, abym po drodze odwiedził Sai Gitę i sprawdził czy dobrze się czuje i czy ma dobrą opiekę. "Czy dostała liście trzciny cukrowej do jedzenia?" - dopytywał się. Sai Gita bardzo lubiła słodkie liście trzciny cukrowej i Swami dobrze o tym wiedział. Był także świadom, że nie można ich łatwo zdobyć w Puttaparthi i dlatego powiedział: "Musisz zadać sobie trud, aby przynieść jej to, co lubi. Jako zwierzę nie potrafi wyrażać się tak zdecydowanie, lecz jeśli wiemy, czego chce, powinniśmy dokładać wszelkich starań, aby spełnić jej życzenie i sprawić jej radość. To jest prawdziwa służba".

Studenci zyskują wzór oddania

Nawiasem mówiąc, to Śri Chirandżiwi Rao na początku lat 80. znacząco przyczynił się do zbudowania dla Sai Gity nowego, przestronnego szedu z wysokim ogrodzeniem i dużą ilością zieleni dokoła. Przeprowadzka Sai Gity z Gokulam do tego nowego miejsca w latach 1979-1980 była początkiem nowego rozdziału w jej życiu. Poza wygodnym miejscem zamieszkania, Sai Gita była teraz sąsiadką studentów Swamiego, co przyniosło tak wiele cennych korzyści. Jej dom stał teraz dokładnie naprzeciwko akademika dla starszych studentów.

Były student opowiada "Heart to Heart": "Doskonale pamiętam to wzruszające zdarzenie. Był pogodny świąteczny poranek - ekscytujący dzień Bożego Narodzenia. Po urzekającym śpiewaniu kolęd i pięknym darszanie w mandirze, niektórzy z nas po prostu wstali i modlili się do Swamiego: 'Swami, proszę, przyjedź do naszego akademika'. Spodziewaliśmy się odpowiedzi w stylu: 'Dlaczego pragniecie mnie w akademiku? Jestem z wami tutaj przez cały czas' albo 'Czekajcie' albo 'Dzisiaj jestem bardzo zajęty, zobaczcie, jak dużo osób przyjechało z różnych krajów', bądź też zwykłego figlarnego uśmiechu.

Ale nie, tego dnia Swami od razu zapytał: 'Jesteście gotowi?'. A my głośno krzyknęliśmy: 'Tak', lecz w środku byliśmy strasznie zdenerwowani. Nie zorganizowaliśmy żadnych przygotowań, jadalnia nie była udekorowana, ogród nieposprzątany, przy wejściu nie było nawet barwnej dekoracji rangoli i liści mango, a co z ozdobieniem dżhuli (huśtawki) Swamiego? Co ofiarować Swamiemu? Jakie przedstawienia wystawimy na scenie? Nasze umysły biegały jak szalone. Kiedy zgubiliśmy się w tej lawinie myśli, Swami zawołał samochód i powiedział: 'Już jadę!'.

Nie było nawet czasu myśleć. Biegliśmy jak opętani. Zanim dotarliśmy do akademika, Swami już tam był. Kilku chłopców, którzy w tym dniu nieoczekiwanie pobili rekordy kraju w biegu maratońskim, dobiegło do akademika dobrze przed samochodem Swamiego i na szczęście byli na miejscu, aby go powitać. Cóż to był za dzień! Wszystko było takie nieformalne. Swami przebywał z nami przez pół godziny i jakże obdarował każdego z nas, spacerując po trawnikach, zbierając listy, opowiadając dowcipy, błogosławiąc wszystko, co ofiarowaliśmy i dając nam wszystko, o co tylko poprosiliśmy".

Sai Gita odpowiada na wezwanie

Jednak nie było to najważniejsze wydarzenie tej pamiętnej wizyty. Najlepsze miało dopiero nadejść i bardzo dobrze pamiętam tych kilka chwil - Swami stoi przed wejściem do akademika cały uśmiechnięty, wygląda tak olśniewająco przy promieniach porannego słońca dopełniającego jego boski blask i woła głosem tak słodkim, jakby śpiewał boską melodyjną pieśń: 'Gita, Gita'. To było takie ciche; być może tylko ja i kilku innych chłopców byliśmy na tyle blisko Swamiego, że mogliśmy to usłyszeć, lecz stojąca 100 metrów dalej Sai Gita zrozumiała to i ciało o masie ponad 4,5 tony natychmiast przybiegło galopem jak koń wyścigowy! Podekscytowana i przepełniona radością Sai Gita zaprezentowała się przed Swamim w następnej chwili, a kolejne 10 minut było przeznaczone tylko dla Swamiego i dla niej.

Najczystsza wielbicielka-słonica nadal głaskała Swamiego, a z kolei to, jak bardzo Swami był dla niej delikatny i pełny miłości, to widok, który na zawsze zapisze się złotymi zgłoskami w mojej pamięci. Sai Gitę najmniej interesowały owoce, które ofiarował jej Swami. Pragnęła tylko, aby ją dotknął, spojrzał jej w oczy, mówił do niej i był przy niej. Nawet najkrótsza rozłąka była nie do zniesienia. Dla mnie był to największy przejaw czystej miłości.

Gdy Sai Gita korzystała z okazji, jakimi były dla niej wizyty Swamiego w akademiku studentów, chłopcy codziennie mieli żywy przykład i inspirację prawdziwej boskiej miłości. Tym sposobem sytuacja, w której siedziba Sai Gity mieściła się zaraz naprzeciwko miejsca zamieszkania studentów, była wspaniała i korzystna dla obu stron. Sai Gita i studenci darzyli się wzajemną miłością, ale Swamiego kochali bardziej niż siebie nawzajem. Ilekroć Swami odwiedzał akademik, był to dla niej pamiętny dzień. Wspominając inne podobne zdarzenie, były student Śri Y. Arvind mówi:

"Wiele lat temu w Prasanthi Nilajam, w przeddzień pięknego Krisznasztami, Swami stał na werandzie wypytując o przygotowania do zbliżającego się święta. Starsi, którym powierzono obowiązki, poinformowali go o przygotowaniach: o tym, gdzie przejdzie procesja krów, gdzie będą stały, jaka będzie kolejność procesji, aż do ostatnich szczegółów - jaki prasadam zostanie rozdany i w jakich ilościach będzie dostępny. Swami był w pogodnym nastroju i większość z nas czuła, że to jest idealny czas na modlitwę do niego, by odwiedził akademik. Dlatego subtelnie prosiliśmy, modliliśmy się i przymilaliśmy się do niego słowami: 'Prosimy, Swami', które hojnie płynęły z naszych błagalnych słów. Cóż, zrobiliśmy wszystko, co mogliśmy, aby nakłonić go do pobłogosławienia akademika swoją fizyczną obecnością. Swami odgrywał rolę niedostępnego, ale w końcu wypowiedział magiczne słowa: 'Przyjadę'.

Akademik zmienił się z dnia na dzień. Różne grupy chłopców pracowały na innych jego terenach. Wszędzie w najważniejszych miejscach pojawiły się dekoracje z chorągwiami, girlandami i z łodygami bananów. Mała kapliczka Pana Ganeszy znajdująca się przed akademikiem została elegancko przyozdobiona, wszystkie korytarze dodatkowo zamieciono i wymyto, posprzątano sale sypialne, a do wczesnych godzin następnego ranka cały akademik był nieskazitelnie czysty. Patrząc z perspektywy czasu i z dużym poczuciem humoru, czuję że reakcja na wizytę Swamiego w akademiku zelektryzowała nas wszystkich, tak jak sierżanta parada na defiladzie wojskowej! Oczywiście, Swami jest naszą kochającą matką i ojcem, lecz dyscyplina, jakiej wymaga od swoich wybrańców... Cóż! Musicie mu to oddać. Nawet najbardziej opieszali z nas byli gotowi na wszystko.

Wracając do opowieści, okazja do tego, by zaprosić Swamiego nadarzyła się, ponieważ kilku studentów, którzy mieli dobrą rękę do roślin, pod inspirującym przewodnictwem starszych, stworzyło piękny ogród na dziedzińcu akademika. Było to połączenie greckiego ogródka skalnego, japońskiego ogrodu wodnego i stałej kompozycji kwiatowej. Ogród posiadał regularne, wyłożone płytami ścieżki, które wiodły wokół głęboko osadzonych kamieni oraz obszar wodny składający się z małego wodospadu prowadzącego do stawu rybnego. Nad tym stawem rozciągał się łukowaty most z bambusa pomalowany na ładny jasnozielony kolor dopasowany do znajdujących się dokoła trawników. Rośliny pnące pokrywały bambusowe łuki w najważniejszych zaułkach ścieżek. Kwieciste krzewy wyścielały je i wypełniały każdą szczelinę pozostawioną przez skały. Leżała tam płaska skała służąca za podwyższenie, na którym stał fotel dla Swamiego. Mocno osadzona i dobrze wyściełana posiadała schody prowadzące na podwyższenie, aby Swami mógł swobodnie wejść. Stworzenie i utrzymanie tego ogrodu wymagało wiele wysiłku, a najwspanialsze było to, że Swami może go pobłogosławić. Oto co działo się w naszych umysłach.


                  Związek trwa...                              ...przez cały czas

Poranna sesja w mandirze przebiegła bez zakłóceń. Swami obdarzył nas wszystkich darszanem ubrany w pitambarę (żółtą szatę), szatę Pana Kriszny odpowiednią na uroczystość Dżanmasztami. Procesja wyruszyła punktualnie z Sai Gitą na przedzie w całym swoim majestacie, całą wystrojoną dla Pana - okryta bogato zdobioną tkaniną ze złota i srebra, z długimi na 1,5 metra srebrnymi kolczykami, z obsypanym brokatem złotym siodłem na grzbiecie, z wybitymi ze złota ozdobami na czole - wyglądała po królewsku. Swami zszedł do niej w pośpiechu, który przeczył jego 'zniecierpliwieniu', a jego rozmowa z Sai Gitą przyciągnęła uwagę wszystkich - nie będzie w tym przesady, jeśli powiem, że krowy były o nią zazdrosne! Ich Gopala (przydomek Pana Kriszny znaczy dosłownie 'opiekun krów') poszedł do Sai Gity!

Jednak krowy także miały swoją szansę, gdy Swami przyszedł nakarmić je bananami. Wszystko gładko zmierzało do punktu, gdy dał znak do rozpoczęcia bhadżanów. Procesja była w drodze powrotnej do Gokulam, zakończyło się rozdawanie prasadamu i teraz pełne wyczekiwania twarze patrzyły z każdą chwilą na gest Swamiego - czekając na sygnał. On o tym wiedział i zwodził nas wszystkich... aż do ostatniej chwili i wtedy na jego twarzy zakwitł uśmiech... - "Idźcie... przyjadę". Natychmiast ich poziom energii zwiększył się trzykrotnie i błyskawicznie jak odrzutowiec pokonali 1000 metrów do akademika.

Swami przybył na miejsce i łaskawie pobłogosławił nas wszystkich stojących wzdłuż drogi prowadzącej do akademika. Po wyjściu z samochodu szedł powoli, dostrzegając cały wysiłek włożony w upiększenie tego miejsca. Uśmiech na jego twarzy był największym błogosławieństwem. Udał się w kierunku sceny, usiadł na przygotowanej dla niego udekorowanej dżhuli (huśtawce) i przez chwilę słuchał grupowych pieśni śpiewanych głosami pełnymi energii. Pobłogosławił ofiarowany prasadam, a później dał znak, że chce jechać.

Gdy Swami doszedł do ścieżki prowadzącej przez dziedziniec, chłopcy zwrócili jego uwagę na nowy ogród. Jego oczy zajaśniały na ten nieznany widok i lekkim krokiem ruszył w stronę tego malowniczego miejsca. Wziął nożyce podane na aksamitnej tacy i przeciął jedwabną wstęgę w kolorze szafranu, która przebiegała przez pierwszy łuk prowadzący do ogrodu.

W tym samym czasie jeden z nas uruchomił wodospad i szum spokojnie płynącej wody dopełnił tę świętą atmosferę. Swami spacerował wytyczonymi ścieżkami i dotknął przygotowanego dla niego fotela stojącego na skale, pobłogosławił go. Później wszedł na most przerzucony nad stawem. Jeden z chłopców wręczył mu srebrną miskę pokarmu dla ryb razem z łyżką i wskazał na wodę.

'Co to jest?' - zapytał Swami.

'Swami, w stawie są ryby'.

Swami słodko podniósł łyżkę i wsypał kilka porcji, a następnie wziął miskę i wsypał do wody całą jej zawartość. Nagle wyglądało na to, że się spieszy! To było oczywiste, jego chód stał się szybszy, gdy szedł z powrotem do głównego holu. Wszyscy byliśmy zakłopotani taką nagłą zmianą - później zrozumieliśmy, jak zobaczyliśmy Swamiego zmierzającego prosto w kierunku Sai Gity czekającej przed akademikiem. Spieszył się do niej.

Wszyscy staliśmy z boku i obserwowaliśmy przedstawienie! Sai Gicie zdjęto ciężkie ozdoby oraz pozostałe elementy upiększające i nie zwracała uwagi na nic oprócz Swamiego. Ofiarowano kosze z owocami i Swami nakarmił ją. Jego oczy błyszczały, a twarz promieniała radością, gdy pogłaskał ją po policzku, dotknął trąby i szeptał czułe słowa.

Odpowiedziała w naturalny sposób, mówiąc do swojego Pana we własnym języku. Niewątpliwie rozumieli się wzajemnie. Cóż! Należało tam być, aby zobaczyć ten widok! 350 chłopców i nauczycieli, zgromadzeni w dużym gronie wokół Swamiego i Gity, dwa długie rzędy rozciągające się po obu stronach drogi wychodzącej z akademika, wielu wielbicieli na zewnątrz - wszyscy cieszyliśmy się rozmową Swamiego z Gitą. Gdybyśmy tylko mieli zdjęcie tego widoku zrobione z lotu ptaka… na chwilę obecną trzeba to opisać słowami. Swami spędził z nią ponad 10 minut, a później niemal z żalem pogłaskał ją na pożegnanie.

Ofiarowaliśmy mu arati i setki głosów rozbrzmiało we wspólnym śpiewie. Sai Gita uniosła trąbę w geście pozdrowienia, gdy Swami opuszczał akademik. Wielu z nas skorzystało z okazji, aby dotknąć tę, którą Pan darzy tak wielką miłością. Po tym, jak wytrzymała nasze pieszczoty, poszła na swój ogrodzony teren. Lecz nawet kiedy przechodziła przez jezdnię, zatrzymała się i zwróciła w kierunku wyjeżdżającego samochodu Swamiego. Patrzyła przez kilka sekund, a później w ciszy wróciła na swój ogrodzony teren. Czasami wydawało się, że jest więcej niż tylko zwierzęciem. Jej miłość do Swamiego jest o wiele większa od naszej z powodu swojej prostoty. Ona żyje tylko po to, by go kochać i wielbić. Jest to najwyższa forma oddania - żyć jedynie dla miłości Boga".


Zawsze czujna... nawet na przelotne spojrzenie

Tak, to jest nauka, którą Sai Gita wbija w umysły wszystkich - czy to studenta czy wielbiciela - że ostatecznym celem życia jest życie dla Pana i nie ma nic bardziej świętego ani znaczącego. Swami często chwalił oddanie Sai Gity i prosił studentów, aby się od niej uczyli. W dyskursie wygłoszonym do chłopców w mandirze Prasanthi z okazji Ganesza Czaturti w 1992 roku, Swami powiedział:

"Ci z was, którzy mieszkają w akademiku, zauważają samochody jadące drogą w dwóch kierunkach. Z drugiej strony akademika przebywa Sai Gita. Ona nie zwraca uwagi na samochody poruszające się po drodze. Lecz bez uprzedzenia, jakby 'wyczuwa' przejeżdżający samochód Swamiego i od razu wychodzi z rykiem, aby przywitać Swamiego. Takie jest jej oddanie dla Pana... To jest niezachwiana miłość".

Zawsze zwraca baczną uwagę na swojego ukochanego

Bez względu na sytuację, koncentracja Sai Gity była zawsze, niczym kompas, skierowana nieustannie w jednym kierunku. Śri Pedda Reddy mówi: "Gdy tylko usłyszy syrenę policyjnego dżipa (znak, że Swami jest w drodze), zostawi wszystko, gdziekolwiek będzie, czy to w szedzie czy przy zbiorniku z wodą, i pobiegnie na drogę. Stojąc przy asfalcie będzie śledziła każdy przejeżdżający samochód i w momencie, kiedy zauważy samochód Swamiego, zatrąbi z radości, a czasami wyda dziwne odgłosy wesołości.

Gdy jego samochód podjedzie bliżej, Sai Gita zacznie badawczo spoglądać, gdzie siedzi Swami - z przodu czy z tyłu, a jeśli okno jest zamknięte, otuli przednią szybę swoją trąbą i poczeka, aż boczna szyba zostanie opuszczona. Jeśli tak się zdarzy, będzie pełna zachwytu, powoli wsunie swój nos do środka i zacznie trącać nim włosy i twarz Swamiego.

Ona kocha głowę Swamiego; ożywia ją zapach wibhuti. Jest w stanie błogości. Jednak jeśli z jakiegoś powodu samochód Swamiego nie zatrzymuje się, Sai Gita jest strapiona, załamana. Zacznie płakać, mruczeć i bez końca ciągnąć 'hmm... hmmm'.

W niektóre dni, jeśli jest niespokojna, zaczyna nawet krzyczeć i trąbić, jakby wzywała Swamiego całą swoją siłą! Dopiero po trwającym pół godziny wypowiadaniu łagodnych określeń w rodzaju: 'On przyjedzie', 'Może dzisiaj jest zajęty', 'Widział cię. Czyż nie? Nie martw się', 'Jutro przyjedzie specjalnie dla ciebie', itd., pogodzi się z tym. Następne pół godziny zajmie przekonanie jej do przyjęcia jakiegokolwiek pożywienia. Taka jest siła miłości Sai Gity do Swamiego, a gorące pragnienie tej miłości zapewniło jej nagrodę w postaci wielu wspaniałych błogosławieństw od Swamiego".


    Urodzinowa duma...                              ...wtedy i teraz

Sai Gita - królewski słoń z królestwa Boga

Tak, gdy człowiek pragnie jedynie Boga, otrzymuje Boga i również wszystko inne, tak jak powiedział Jezus: "Szukajcie Królestwa Bożego, a wszystko inne będzie wam dane". Jednym z cudownych błogosławieństw, jakim została obdarzona Sai Gita, było dla przykładu to, jak stała się nieodłączną częścią wszystkich ważnych uroczystości w Prasanthi Nilajam, czy to urodziny, Daśara, Krisznasztami, czy Dzień Sportu obchodzony 11 stycznia każdego roku. Jak się czuje Sai Gita ubrana jak członkini rodziny królewskiej i dostojnie prowadząca procesję w tych szczególnych dniach? Czy jest podekscytowana z tego powodu?

"O tak, bardzo" - mówi Pedda Reddy, który był jej opiekunem przez blisko 20 lat. "Kiedy wyprowadzę ją na spacer w każdy powszedni dzień, będzie szła bardzo chaotycznie i kilkumetrowa przechadzka przeciągnie się do prawie 2 godzin. Ale spójrzcie na nią podążającą do mandiru w świąteczne dni, wygląda tak, jakby stała się 20 lat młodsza! Chce biec. Wie, że idzie zobaczyć Swamiego i to pragnienie dodaje jej sił.

Prawdę mówiąc, już wczesnym rankiem, gdy nakładam jej na nogi szafran (pierwsze, co robię, kiedy tylko trzeba ją wystroić na uroczystość), jest to dla niej pierwsza wskazówka i od tej chwili po prostu czeka na moje polecenia i na otwarcie bram, aby szybko przemknąć się do mandiru. Stoi nieruchomo jak posąg, gdy zaczynam ją przystrajać ponad 27 rodzajami ozdób.

Cierpliwie znosi sesję 'charakteryzacji', która poza nasmarowaniem jej ciała wibhuti, obejmuje przyozdobienie jej przepięknie wykonanym złotym nakryciem głowy, bogato haftowanym okryciem z tkaniny, błyszczącymi srebrnymi bransoletkami na nogi, malutkim donośnym dzwoneczkiem ze złota, wieloma olśniewającymi naszyjnikami, wiszącymi kolczykami, okazałymi girlandami, itd. W czasie procesji doskonale odgrywa swoją rolę, poruszając się z gracją i z królewską miną, jak przystało na doniosłość wydarzenia".

Najpiękniejsze jest to, jak Swami, niczym matka, która przywiązuje bardzo dużą wagę do tego, jak prawidłowo powinno być ubrane jej dziecko na ważną uroczystość, troszczył się o Sai Gitę. Sprawdzał razem z Pedda Reddy'm, czy jej srebrne bransoletki na nogi są wypolerowane, czy jej strój jest w idealnym porządku, czy wszystkie jej ozdoby są nienaruszone, itd.

Pedda Reddy wspomina: "Zaledwie rok temu przed obchodami 80. urodzin Swami chciał zobaczyć wszystkie ozdoby Sai Gity. Dlatego poszedłem do jego rezydencji i dyskretnie pokazałem wszystkie jej skarby. Kontrola trwała kilka sekund, a później Swami zapytał: 'Gdzie są jej paski na nogi?'. Byłem zaskoczony; myślałem, że bezpiecznie przechowuję jej wszystkie rzeczy. Dopiero wtedy, gdy Swami zapytał mnie ponownie, uświadomiłem sobie, że rzeczywiście wysłałem jej dwa paski na nogi do Bangalore, ponieważ wymagały naprawy. Natychmiast wykonano parę telefonów i następnego dnia na obchodach święta Rathotsawam, Sai Gita była nienagannie przystrojona. Gdy Swami podszedł tego ranka do Sai Gity, jego oczy najpierw spojrzały na jej nogi. Na zadowolonego wyglądał dopiero wówczas, gdy wyjaśniłem, że bransoletki przyjechały ostatniej nocy i że są teraz doskonale dopasowane.


    Pięknie przystrojona...                          i taka urocza...

Takich zdarzeń jak to jest wiele. Nie tak dawno, gdy założyłem jej na szyję jaskrawą, sztuczną girlandę, Swami powiedział: 'Dlaczego włożyłeś tu sztuczną girlandę? Ona zakrywa jej wszystkie złote i srebrne naszyjniki'. Przy innej okazji, Swami roztropnie zauważył: 'Trzy kunsztowne bransoletki na jej szyi wyglądają na bardzo ściśnięte. Może powinieneś spróbować przewiesić niektóre z nich'. I dlatego teraz umieściłem jej dwie duże błyszczące bransoletki po obu stronach aksamitnego okrycia".

Dla Swamiego każdy szczegół dotyczący Sai Gity jest ważny, a dla Sai Gity, jeśli cokolwiek ma znaczenie, to Swami.

Sai Gita - miłość, zabawa, radość...

To, co jest drogie Swamiemu, jest drogie również Sai Gicie i dlatego, chociaż zawsze woli zostać sama, to jedyną społecznością, dla której ma ogromną sympatię, są studenci Swamiego. Pozwala chłopcom się dotykać, być wokół, mówić do siebie, a gdy jest w dobrym humorze, nawet się z nimi bawi. Wspominając dawne czasy w jednej wybranej ekscytującej anegdocie, były student Y. Arvind mówi:

"Pewnego wieczoru byłem na stadionie Hill View, gdy Sai Gita odbywała swój codzienny spacer. Rozegrałem kilka meczów siatkówki i siedziałem na kamiennych schodach, które biegły wzdłuż drogi prowadzącej na górę. Widząc Sai Gitę w pewnej odległości, zszedłem na dół i zbliżyłem się do niej. Z oddali słyszałem jej donośne pozdrowienie. Uśmiechnąłem się ciepło, gdy zobaczyłem jej cierpliwe oczy i spokojny chód. Miała dużo czasu. Nawet gdy spacerowała spokojnym krokiem, jej długa trąba wydłużała się, aby mnie obwąchać. Pogłaskałem ją czule odwzajemniając jej słoniowe uczucie, wdzięczny za zainteresowanie kogoś, kto jest tak drogi Panu. Jej trąba przeszła przez moje ręce i moje kieszenie, a ona odwróciła się z piskiem oburzenia. Chłopak towarzyszący Sai Gicie zaśmiał się i powiedział: 'Za każdym razem, gdy ją spotykałeś, dawałeś jej coś do jedzenia, dzisiaj ją rozczarowałeś'.

'Przykro mi, Gitamma' - powiedziałem, poruszając się pod kątem, abym mógł zwrócić jej uwagę. Ale znowu psotnie się odwróciła. Raz jeszcze się przesunąłem. A ona ponownie się odwróciła. I tak razem zatoczyliśmy pełne koło. Musieliśmy przedstawiać komiczny widok, gdyż śmiech zdezorientowanych chłopców brzmiał w powietrzu. Czułem się niezmiernie szczęśliwy. To było uczucie pełnego poddania. Ludzie nie mają zaufania do tego, czego nie znają, a tego, czego nie znają, boją się. To jest ich instynktowna reakcja, mimo że posiadają intelekt i zdolność rozróżniania. Podobnie zwierzęta mają te same instynkty... tylko więcej. Lecz jedno, co sobie uświadomiłem, to zaufanie, jakim Sai Gita darzyła ludzi, których kochał Swami. Kochała również nas. To naprawdę zadziwiło mnie na tyle, aby zastanowić się nad siłą miłości.

Później chłopcy grający w piłkę kopnęli futbolówkę w jej kierunku. Zareagowała od razu. Jej duże uszy trzepotały z ekscytacji, doczłapała do piłki i ostrożnie ją kopnęła. To było takie urocze widzieć ją, jak unosi przednią nogę, robi zamach i kopie piłkę. To było to! Przez następne 20 minut około 30 rozentuzjazmowanych chłopców i jedna bardzo wesoła słonica grali w piłkę. Oczywiście, żaden sędzia nie miał serca jej powiedzieć, że używanie trąby jest sprzeczne z zasadami, ale mimo wszystko to był mecz towarzyski i zakończył go dzwonek, zamiast gwizdka. Dzwonek w akademiku dzwonił wzywając nas na bhadżany. Z żalem pozwoliła nam odejść i widziałem wielu, jak odwracali głowę i patrzyli. Wyglądała tak masywnie na tle malującego się na niebie letniego wieczoru; tak duża, silna i potężna. Poczułem, jak coś mnie poruszyło. W jakiś sposób miałem ściśnięte gardło. Tęskniła za swoim Swamim, swoim Panem. Jej pragnienie było tak wielkie. Usiadłem na jednej ze skał, które są wciąż rozsiane na tyłach szkoły wyższej im. Iśwarammy i obserwowałem ją. Oddalała się i jak gdyby wyczuwając, że ktoś na nią patrzy, odwróciła się i rzuciła jedno długie spojrzenie. Poczułem, że ściśnięte gardło puściło i znowu byłem sobą. Trawa wydawała się bardziej zielona, a niebo w większym stopniu mieniło się kolorami zachodzącego słońca. Uśmiechnąłem się do siebie, gdy zabierałem ten widok ze sobą do akademika".

Przykład czystej miłości

Ile istnień zainspirował szlachetny przykład Sai Gity! Chociaż jest zwierzęciem pięciopalczastym o grubej skórze, to kiedy tylko patrzyli na nią ludzie, robili to zawsze z podziwem i z szacunkiem. Obdarzanie uczuciem zwierzęcia i otrzymywanie w zamian miłości i oddania to zjawisko, o jakim wielu może opowiedzieć. Znamy psy, które oddały życie za swoich właścicieli; zwierzęta, które okazują więcej bezwarunkowej miłości swoim opiekunom, niż ich najlepsi przyjaciele; koty, które działają antystresowo i zapewniają nieustanną radość swoim właścicielom.


W święto Dżanmasztami w Sai Kulwant Hall

Ale czy jest na tym świecie zwierzę, które zwróciło uwagę ludzi ku Bogu? Tym, czego Sai Gita nauczyła ludzkość nie wypowiadając ani słowa, jest to, czego święci i ludzie szlachetni uczyli się przez lata i później przekazywali przez dziesięciolecia. Samą swoją obecnością i przykładem zainspirowała tysiące studentów i wielbicieli do praktykowania 'wzniosłego myślenia' i dążenia jedynie do Najwyższego. Aby pokazać, jak szlachetne jest jej życie i jak duży szacunek ma Swami dla jej wiary i oddania, dyrektor kampusu Brindawan należącego do Instytutu, Śri Sanjay Sahani, dzieli się wiele mówiącym wydarzeniem:

"Była to jedna z tych sytuacji, kiedy Sai Gita wyczuła przybycie Swamiego i zachowując pełną czujność stała przy drodze na długo zanim my, chłopcy w akademiku, usłyszeliśmy policyjną syrenę i ruszyliśmy w kierunku bramy. Jeśli Sai Gita była na drodze, Swami najczęściej zatrzymywał samochód i tak stało się również w tym konkretnym dniu. Swami wysiadł z samochodu i podszedł do niej. My którzy nie chcieliśmy przegapić choćby ułamka sekundy z tego boskiego przedstawienia, także podbiegliśmy do Swamiego. I nagle plusk! Tak działo się wiele razy. Połączenie ekscytacji i szczęścia, Sai Gita zaczęła sikać. Jednak tego dnia, ponieważ to było na asfalcie, mocz rozpryskał się wszędzie i dlatego wielu chłopców od razu się cofnęło i w większości czekaliśmy i obserwowaliśmy wszystko z daleka. Lecz Swami był przy niej, stał tuż obok, a jego szata była wyraźnie cała mokra. Mniej więcej po minucie spojrzał na nas wszystkich i powiedział coś takiego, że aż ciarki przeszły nam po plecach. Powiedział poważnie: "Jeśli wypijecie kubek jej moczu, być może zdobędziecie cząstkę jej oddania". Wiedzieliśmy, na jakim poziomie jest nasze oddanie i jak święta jest ta dusza zamknięta w ciele słonia.

Po latach, gdy wspominałem to zdarzenie w krótkiej rozmowie w Traji Brindawan w jego obecności i powiedziałem dokładnie, co powiedział przy tej sposobności, Swami siedząc na dżhuli i uważnie słuchając opowieści, niezwłocznie oznajmił w telugu: Aunu, aunu - 'Tak, to prawda, to prawda'".

To było świadectwo przewyższające każde inne osiągnięcie na tym materialnym świecie. To był dowód najczystszej miłości, którą ta cicha, a jednak niezwykła czworonożna istota miała dla Pana. Jak mówi Śri Chirandżiwi Rao: "To, co Sai Gita ma dla Swamiego, to czysta miłość".


                 Na stadionie Hill View            Błogosławiona wielbicielka

To właśnie z tego powodu Sai Gita zawsze jest obecna w umyśle Swamiego. Nawet wtedy gdy setki tysięcy gromadziło się w Prasanthi na obchody 80. urodzin i należało zorganizować milion przygotowań dla wielbicieli, Swami nigdy o niej nie zapomniał; bardziej martwił się o jej brakującą bransoletkę na nogę. (Mówi się, że kubek krowiego mleka ma większą wartość niż beczka oślego mleka).

Pałacowy dom dla swojej ukochanej

Całkiem niedawno Swami podarował studentom Instytutu światowej klasy kryty stadion, który otrzymał nazwę Śri Sathya Sai International Centre for Sports (Międzynarodowe Centrum Sportu Śri Sathya Sai). Jednocześnie zbudował 'pałacowy dom' dla Sai Gity z niezwykłymi rzeźbami wykonanymi przez tego samego rzeźbiarza, który stworzył piękne sklepienia zdobiące mandir Prasanthi. Ale to było zakończenie innego pięknego przedstawienia, które zaczęło się kilka tygodni wcześniej.


Nowy pałac Sai Gity

Gdy przygotowano teren do rozpoczęcia prac nad krytym stadionem, niestety nie można było zachować szedu Sai Gity, z powodu oddania do użytku nowego ogromnego terenu kompleksu sportowego przeznaczonego do wielu gier. Kiedy powiadomiono o tym Swamiego, wydawał się zmartwiony.

Był zaniepokojony i wydał dokładne polecenie, aby w żadnym wypadku nie przenosić Sai Gity, dopóki nie zbuduje się dla niej drugiego stosownego i spokojnego domu. W tamtym czasie nikt nie miał sprecyzowanego pomysłu, gdzie dokładnie postawić jej nowy dom.

Kiedy ktoś zasugerował Swamiemu, że szed dla Sai Gity można wznieść poza krytym stadionem, Swami od razu odrzucił tę propozycję, mówiąc: "Nie, to za daleko, będzie się bała. Powinna być blisko".

W ten sposób powstały plany, aby ulokować ją przed nowym stadionem wewnątrz samego kompleksu Planetarium. Swamiemu spodobał się ten pomysł, ale wciąż wymagało to wprowadzenia wielu zmian. Swami nie chciał szedu dla Sai Gity. Pragnął zbudować dom pałacowy. Ponadto chciał, żeby dom stanął bliżej drogi, aby Sai Gita mogła z łatwością otrzymać darszan, kiedy tylko Swami będzie przejeżdżał. Jednak budowa tej nowej konstrukcji potrwa przynajmniej kilka tygodni; wobec tego, gdzie w tym czasie zamieszka Sai Gita? To było zmartwienie Swamiego. Zatem z tyłu za planetarium w ciągu zaledwie 2-3 dni stanął nowy tymczasowy szed z miejscem do kąpieli, odpoczynku, itd.

Swami prawie codziennie odwiedzał to miejsce i dopiero wtedy, gdy był zadowolony z tymczasowego szedu, przeniesiono do niego Sai Gitę. Nawet później często składał tu wizytę, aby zobaczyć, czy Sai Gicie jest wygodnie, zapytać Peddę Reddy'ego, czy dobrze się czuje i czy spełniane są wszystkie jej potrzeby. Następnie doglądał budowy jej nowego 'okazałego domu' i wyglądał na szczęśliwego.

Patrząc na wspaniałość nowego ogrodzonego terenu wielu ludzi zadawało pytanie: "Czy to jest miejsce, gdzie Swami mógłby usiąść i obserwować chłopców grających na krytym stadionie?". Tak urzekająca jest nowa siedziba najukochańszej wielbicielki Pana. Oto co może zdziałać czysta miłość. Jeśli cokolwiek ma znaczenie dla Swamiego, gdy chodzi o jego wielbicieli, jest to oddanie i tylko oddanie.


          Bhagawan przyjeżdża,
  aby otworzyć nowy pałac Sai Gity
             Przywitanie Pana z radością

Niebiańska pieśń miłości...

Gdy zapytaliśmy Śri Peddę Reddy'ego, jaka jest najcenniejsza lekcja, której nauczył się w czasie trwającego 20 lat kontaktu z Sai Gitą, bez chwili zastanowienia powiedział: "Lekcja oddania dla Swamiego". "Nie widziałem nikogo, kto pragnie Swamiego tak, jak ona. To najwspanialsza rzecz, jakiej się od niej nauczyłem" - mówi Śri Pedda Reddy. "Prawdę mówiąc, często modlę się do niej i okazuję swoją wdzięczność, mówiąc: 'Gita, tylko dzięki tobie mam szansę zbliżyć się do Swamiego; on do mnie mówi, a ja mam tę wspaniałą okazję, aby służyć. Jestem spełniony dzięki tej świętej możliwości".

Wydaje się, że Śri Pedda Reddy nie jest mniej doskonały, a może lata znajomości z Sai Gitą przemieniły jego życie we wzorowy przykład pełnej miłości służby i oddania. Oto co się dzieje, gdy ktoś nawiązuje bliski kontakt z 'oświeconymi duszami'. A wszystko, czego potrzebuje człowiek, aby został oświecony, jak często mówi Swami, to nie święte pisma, praktyki duchowe ani kazania, lecz jedynie nieskażona miłość. Być może, aby udowodnić to chwiejnemu umysłowi człowieka, Sai uczynił z Sai Gity... niebiańską pieśń czystej miłości.

5000 lat temu Swami w postaci Pana Kriszny zaśpiewał pieśń o Bhagawadgicie w celu przekazania człowiekowi mądrości, aby prowadził życie w nieustannej harmonii, a teraz mamy Pana, który objawia tę cenną wiedzę za pośrednictwem Sai Gity. Jej życie to opowieść, która z powodu swojej nieskazitelnej czystości i urzekającej duszę wspaniałości, ujmuje i inspiruje miliony do transformacji swojego życia w latarnie błogiego światła, czystej miłości i wiecznego szczęścia. Może nie będzie przesadą zapożyczyć cytat z Sir Einsteina o Gandhidżim i sparafrazować go, aby powiedzieć: "Być może przyszłe pokolenia nie uwierzą, że zwierzę takie jak to, z krwi i kości, kiedykolwiek stąpało po tej ziemi".

Zespół Heart to Heart

Tłum. Dawid Kozioł
wrzesień-październik 2014
(is)

Źródło: "Heart to Heart", vol. 5, issue 1, January 2007
www.media.radiosai.org/journals/Vol_05/01JAN07/03-coverstory.htm








Copyright © 2001-2017 Stowarzyszenie Sathya Sai